Wszystkie Odcienie Zieleni to opowiadanie o Lokim - nordyckim bogu kłamstw. Powstaje ono w oparciu o mitologię nordycką i serię filmów Marvela. Jest to historia własna. Po więcej info zapraszam do zakładki "o blogu".
Status: trwające
Gatunek: fantasy/fanfiction

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 6

INCYDENT W BELLAGIO


Najpierw lina wyślizguje się z jego zmęczonych dłoni. Czuje, że przestaje nad tym panować. Ci, którzy od początku niczego się nie trzymali, spadli od razu, z krzykiem na ustach znikając we mgle... On jednak dopiero teraz – gdy okręt znalazł się już prawie w pozycji pionowej.
Nie wypada za burtę... Siłą magii próbuje spowolnić dla siebie czas, próbuje przeżyć... Prawie mu się udaje.
TRZASK!
Jego głowa uderza o jakąś belkę... Niekontrolowanie uwalnia moc... Nie wie, co tak naprawdę pękło: ta belka, czy jego czaszka...
Ciemność.
Zalewa go – taka zimna, nieprzyjemna, odpychająca... Przepełniona gorejącym poczuciem winy, złością, pragnieniem zemsty... rezygnacją... Czy to koniec? Czy tak to wygląda...?
Nie... Zaraz...
Coś się wyłania z ciemności. Pojedyncza smuga światła przedziera się przez tę mroczną zasłonę, niczym ciepłe uczucie miłości, pokonujące nienawiść.
Jasność.
Obraz ma rozmyty... Nie słyszy żadnych dźwięków, poza dudnieniem krwi, przepływającej niczym tsunami przez jego głowę z każdym uderzeniem rozpędzonego serca. Nie dba o to, że zmarnuje magię – chce znów widzieć, słyszeć, czuć... Mruga raz – domyśla się, że jego tęczówki przez dłuższą chwilę błyszczą zielenią. I już z powrotem jest sobą.
Wszystko trwało zaledwie sekundę.
Potrząsnął głową, by pozbyć się odrętwienia, spowodowanego szokiem i przerażeniem. Właśnie do niego dotarło, że okręt się przewraca, a on sam wisi nad przepaścią, trzymany za przedramiona przez Hoguna i Volstagga – obydwaj klęczeli na burcie. Popatrzyli po sobie, jakby rozważając, czy go nie puścić...
    Pomóżcie mu, do cholery! – usłyszał głos Sif i w duchu podziękował za jej lojalność.
Obydwaj wojownicy, z wyraźnie wymalowaną niechęcią na twarzach, podnieśli go wspólnymi siłami i rzucili na burtę.
— Co wy wyprawiacie?! – zganiła ich dziewczyna, upadając przy nim. – A jeżeli jest ranny? Myślicie wy trochę?
Odwróciła się w stronę wciąż lekko skołowanego Lokiego i zaczęła sprawdzać, czy nie odniósł żadnych ran. Iluzjonista odruchowo obciągnął rękawy tuniki i płaszcza, by zasłonić dłonie, skryte pod materiałem rękawiczek.
    Wszystko w porządku? – wojowniczka spytała go niemal niedosłyszalnie.
Nie reagował. Odezwała się w nim jego mroczna natura, miłująca całą sobą moc zniszczenia. Jeden rzut okiem na chaos panujący na statku i już pochłonęła go jego pasja. Uwielbiał chaos.
    Iluzjonisto?
Dopiero teraz spojrzał w jej oczy, patrzące na niego z niepokojem, gdy usłyszał, jak wypowiada jego pseudonim – nie nabożnie i z czcią, nie z naganą i nienawiścią, tylko... z troską?
    Mój płaszcz – wydusił. Sif nie zrozumiała, o co mu chodzi. – Mój... mój płaszcz?
Dopiero po chwili pobieżnie zlustrowała jego strój.
    Chyba jest cały… – powiedziała.
    Dobrze.
Nic więcej nie mówiąc, wstał i zbliżył się do krawędzi burty... Wiele wojowników próbowało wdrapać się jakoś na bardziej stabilne części statku, większość jednak spadała, ginąc w przepaści. Niektórzy próbowali pomóc innym... Nagle między chmurami, daleko w oddali, znów się pojawił ten sam jaszczurzy wachlarz.
    Cofnijcie się! – zawołał Loki do Wojowniczej Trójki, samemu wykonując krok w tył.
W tym samym momencie statek zadrżał, wydając z siebie przeciągłe skrzypienie. Jeden ze stojących nieopodal wojowników zachwiał się i spadł, a jego ciało z olbrzymią siłą uderzyło o maszt – rozległ się głuchy trzask, gdy złamał sobie kręgosłup.
    Jotunie! Co to jest?! – wykrzyknął przerażony Fandral.
W głowie iluzjonisty bardzo powoli rodził się plan uratowania całej sytuacji...
    Nie mam pojęcia – warknął.
Hogun przechylił głowę, z zainteresowaniem przyglądając się swojemu władcy. Nie był głupi i podświadomie czuł, że Loki znowu ich okłamuje... Nie wahając się ani chwili, złapał za rękojeść swojego miecza, by wydobyć go i ostrożnie przyłożyć do szyi iluzjonisty. Mistrz magii uniósł brwi w zdziwieniu.
    A co to ma znaczyć, Pogromco Jeleni? – zakpił.
W wojowniku aż się zagotowało od tej zniewagi. Hogun był bowiem mistrzem polowań i za każdym razem, gdy wyruszał do lasu, wraz ze swoją zwierzyną łowną, wracał z jakimś łupem, a najczęściej był to właśnie jeleń... Wiele „trofiejnych” poroży zdobiło komnaty łowcy i stąd też brały się żarty Lokiego, gdy, powołując się na swoją moc Widzenia, wysnuwał różne oczerniające i ośmieszające Hoguna teorie, że kiedyś te wszystkie biedne rogacze zbiorą się i zorganizują zbiorową zemstę.
    Mów prawdę – wysyczał rozwścieczony Hogun.
Mistrz magii przechylił głowę w rozbawieniu.
    A podobno mi nie ufacie i twierdzicie, że jestem... – Oblizał wargi, w zamyśleniu. – Zakłamany? Tak, to chyba właściwe słowo. – Wyciągnął rękę i delikatnie odepchnął od siebie miecz Hoguna. – Więc, jako taka właśnie osoba, nie powinieneś mi ufać, sądząc że powiem prawdę, bo skłamię. Chyba, że będziesz chciał usłyszeć kłamstwo... – Jego uśmiech stawał się coraz większy, widząc zakłopotanie na twarzach wojowników. Zaczął się powoli zbliżać w stronę Volstagga i Fandrala, aż stanął między nimi. – Jedyne, czego możesz być u mnie pewien, to że nie powiem prawdy. Ufaj moim kłamstwom.
Volstagg podrapał się z frasunkiem po brodzie.
    A jeśli teraz kłamiesz?
Loki przeniósł wzrok na niego i wzruszył ramionami.
    Mogę powiedzieć, że mówię prawdę.
    Ale mówiąc to, możesz też skłamać... – zauważył Fandral.
    Właśnie! – Iluzjonista mrugnął do niego. – Nigdy nie będziecie wiedzieć, czy to, co mówię, jest prawdziwe czy nie, bo mi nie ufacie. – Rozłożył szeroko ręce na boki. – Skoro nie potraficie mi zaufać, jak chcecie wiedzieć, czy mówię prawdę, jeżeli jedyny sposób, by się tego dowiedzieć, to ufanie moim kłamstwom?
Sif westchnęła. W połowie tej całej paplaniny wyłączyła się, bo i tak nic nie rozumiała...
    Załóżmy, że ci ufamy – mruknęła. – I co teraz?
    Teraz mogę jedynie przyklasnąć waszej głupocie... – Jego usta były wykrzywione w kpiącym uśmiechu, a w oczach błyszczało rozbawienie. – Od początku przecież chciałem tylko to usłyszeć, a wam zrozumienie tego zajęło tak dużo czasu, że nie zauważyliście rzeczy najistotniejszej...
    Jakiej? – spytała bez cienia zainteresowania.
Uśmiechnął się szelmowsko.
    Że już mnie tu nie ma.
Jego postać zamigotała kilka razy i powoli zaczęła się robić przezroczysta... Fandral i Volstagg, rozwścieczeni, już mieli złapać za swoje miecze, gdy nagle...
Zdali sobie sprawę z tego, że ich skórzane pochwy są puste. W popłochu zaczęli się rozglądać wokół siebie – niestety, nie było ani śladu mieczy... i ani śladu Lokiego.
    Jest na dole! – zawołał nagle Hogun.
Faktycznie, iluzjonista stał na barierce, która dzięki temu, że statek się przechylił, znajdowała się w pozycji poziomej. W każdej dłoni, odzianej w czarną rękawiczkę, mistrz magii ściskał miecz i ostrożnie maszerował przed siebie, w sobie tylko wiadomym celu. Nikt z wojowników zgromadzonych na górze nie wiedział, co Loki zamierza.
— Co on sobie w ogóle wyobraża? – wycedził Fandral. – Na czarny wiatr! Żeby ten idiota zleciał... – jęknął, po czym splunął przez prawe ramię.
Jakby na komendę, statkiem zachwiało i iluzjonista o mały włos nie spadł.
    Trzeba mu pomóc! – zawołała Sif.
    CO zrobić? – parsknął Fandral. – Halo! Przecież to Loki!
    Ale może mieć jakiś plan na ocalenie statku… Ja mu pomogę.
    Ha! – roześmiał się Fandral. – Niby jak chcesz to zrobić? Po pierwsze: on jest na dole, a my – na górze! Po drugie: to iluzjonista... nie możemy mieć pewności, że on w ogóle tam jest! A po trzecie: nawet, gdyby tam faktycznie był, to jak masz zamiar zejść na dół? On przecież jest magikiem!
Sif zignorowała przyjaciela już na początku jego wspaniałej przemowy. Bez pytania o zgodę, złapała za toporek Volstagga, po czym podeszła do znajdującego się nieopodal zaczepu z linami cumowymi. Jej przyjaciele patrzyli z niemym zaskoczeniem, jak dziewczyna sprawnym, szybkim ruchem odcina jeden ze sznurów i przywiązuje go do barierki. Upewniwszy się, że lina wytrzyma jej ciężar, Sif stanęła na krawędzi, by skoczyć...
W ostatniej chwili Fandral ją zatrzymał. Położył rękę na jej ramieniu i spojrzał na nią z troską. Nachylił się nad nią, by wyszeptać:
— Przemyśl to Sif... – Widać było, że jest zaniepokojony. – Nie wiem, czego od niego oczekujesz, ale ostrzegam cię, żebyś nie żałowała... gdy będzie za późno. To wariat. Pamiętaj o tym.
Wojowniczka patrzyła na niego pochmurnie przez dłuższy czas, aż wreszcie, gdy nie wytrzymał jej spojrzenia, bez słowa skoczyła w przepaść.
Na początku było dobrze. Tak, jak się spodziewała, lina wytrzymywała. Sif sprawnie schodziła na dół gigantycznego statku i po krótkiej chwili była już prawie u celu. Nie przewidziała jednak jednego...
Że barierka nie wytrzyma.
Drewno trzasnęło i w jednej sekundzie Sif zrozumiała, że zaraz umrze. Zaczęła spadać. Zamknęła oczy, by nie widzieć tego, co ją wkrótce spotka... Miała nadzieję, że w ten sposób poczuje mniej bólu, gdy jej ciało roztrzaska się o burtę, a krew rozbryźnie na wszystkie strony. Czuła, że zbliża się ku dołowi, gdy nagle...
Zatrzymała się.
Czy to już? Nie żyje? W cichej nadziei, że zobaczy walkirię, otworzyła oczy i... Zamarła. Oczywiście nie dostrzegła żadnego skrzydlatego konia, a jedynie walący się statek i jej przyjaciół, hen wysoko w górze. Obróciła głowę na bok i zauważyła, że wisi w powietrzu, otoczona dziwną, zieloną mgiełką... Burta znajdowała się jakieś pół metra pod jej ciałem. Nic z tego nie rozumiała...
    Przeszkadzasz – usłyszała cichy, syczący głos.
Gruchnęła o ziemię, z trudem łapiąc równowagę na wąskiej barierce. Przekręciła się na brzuch, po czym powoli wstała, równocześnie odwiązując sznur, którym była przepasana. Prawie rozpłakała się ze szczęścia na widok Lokiego... Gdyby nie on, teraz pewnie leżałaby martwa, gdzieś tam w dole.
Iluzjonista jednak nie podzielał jej radości. W rękach miał już tylko jeden miecz, przez ramię przerzuconą linę. Plecami był odwrócony do pokładu Skidbladniru, który znajdował się teraz w pionie. Ignorując ją, skierował się w stronę dziobu statku.
    Po co za mną przylazłaś? – warknął. – Nie zawarłem tego w naszej umowie, bo uznałem, że to oczywiste: pojawiasz się wtedy, gdy tego chcę. I w żadnym innym wypadku!
Oczywiście usłyszał, że Sif za nim idzie.
    Ale chciałam ci pomóc...
Zatrzymał się tak gwałtownie, że dziewczyna wpadła na niego i znów straciła równowagę. Loki szybko odwrócił się, łapiąc ją równocześnie za przedramię. Zrobił to odruchowo. Patrzył w jej wystraszone oczy z chłodną obojętnością.
    Akurat.
Znów ruszył przed siebie. Sif odgarnęła z twarzy rozpuszczone włosy i pognała za iluzjonistą, próbując dorównać mu kroku. Patrzyła pod nogi, z rozwagą stawiając kroki...
    A wyobraź sobie, że tak! – zawołała.
Mistrz magii znów się zatrzymał. Tym razem jednak mniej gwałtownie i Sif nawet się nie zachwiała.
    Możesz przestać tak robić?! – krzyknęła na niego.
Wychyliła się zza jego szerokich pleców i zobaczyła, że dotarli do dziobu, gdzie barierka, łącząca pokład z burtą, łagodnie skręcała ku górze. Była poprzecinana w poprzek szeregiem belek, co czyniło z niej prowizoryczną drabinę, idealną do wspinaczki... A więc tak Loki znalazł się na dole!
— Panie przodem – powiedział cierpko, przylegając plecami do pokładu, by ją przepuścić.
— A tak właściwie... – mruknęła Sif, wymijając go. – Czemu sądzisz, że nie miałabym ci pomóc?
Złapał ją za ramię, żeby nie spadła, przechodząc koło niego. Westchnął. Bo osobom, takim jak ja, nie pomaga się? Bo nie zasługuję na twoją pomoc. Bo... bo nie jestem wart twojego poświęcenia.
    Po prostu liczyłem na to, że któryś z twoich inteligentnych-inaczej znajomych zrzucił cię – kłamstwo gładko wypłynęło z jego ust.
Wojowniczka stanęła obok Lokiego i spojrzała na niego gniewnie.
    Słucham?! – zawołała z niedowierzaniem.
Iluzjonista wzruszył nonszalancko ramionami. Z trudem powstrzymywał wpełzający na usta uśmiech.
    Wtedy miałbym wreszcie jakiś pretekst, by wsadzić tych imbecyli do lochów. – Zaśmiał się złośliwie pod nosem.
Lady Sif popatrzyła na iluzjonistę z zaskoczeniem. Na początku poczuła lekki zawód jego zachowaniem, ale już chwilę potem jej ognisty temperament przejął nad nią kontrolę i w jednej sekundzie ogarnęła ją porażająca wściekłość...
Jej ręka wystrzeliła do przodu, a palce zacisnęła na czarnych włosach Lokiego. Szarpnęła za te kilka grubych kosmyków, ciągnąc jego głowę w dół tak mocno, że aż zgiął się w pół...
    Nigdy więcej tak nie mów – wycedziła.
Loki wyciągnął obydwie ręce i zacisnął je na dłoni Sif, maltretującej jego biedne włosy. Próbował się jakoś wyswobodzić z jej uścisku, ale za każdym razem czuł, że jeszcze chwila i wojowniczka wyrwie mu te kosmyki.
— Ał, ał, ał... – jęknął, śmiejąc się. – Czemu wszyscy na tym przeklętym świecie próbują mnie oskalpować? – zapytał retorycznie.
Przechylił głowę, by na nią spojrzeć. Dziewczyna tylko mocniej go szarpnęła.
— Może sobie zetnę te włosy? – Uśmiechał się ironicznie, a w jego oczach tańczyły iskierki rozbawienia.
Uścisk Sif nagle jakby zelżał. Przez dłuższą chwilę po prostu bezwiednie trzymała kosmyki jego włosów, aż nagle puściła go gwałtownie, jakby się czegoś wystraszyła.
— Nie ścinaj... – mruknęła cicho, zanim zaczęła powolną wspinaczkę na górę.


Bellagio, Las Vegas
Bellagio jest jednym ze słynniejszych eleganckich hoteli w Las Vegas i jednym z najbardziej ekskluzywnych na świecie. Jego wygląd zewnętrzny, inspirowany malowniczym otoczeniem jeziora Como we Włoszech, zapiera dech w piersiach. Przed frontowym wejściem budynku gromadzi się dziennie mnóstwo osób, by zobaczyć Fountains of Bellagio – muzyczne fontanny, które tańczą do muzyki i światła. Wewnątrz hotel również emanuje przepychem – jego sufit pokrywa bowiem wspaniała kompozycja Fioro di Como, złożona z ponad dwóch tysięcy kwiatów z dmuchanego szkła. Żadna z tych rzeczy nie czyni jednak Bellagio tak dochodowym, jak to, że...
Jest on jednym z najczęściej odwiedzanych kasyn w Las Vegas.
Tego dnia w Bobby’s Room jak zwykle znajdowało się najwięcej osób. Przy każdym drewnianym stole siedziała wystarczająca liczba entuzjastów hazardu, by można było rozegrać przyzwoitą partię pokera.
Anglik Osborn earl Jones ze spokojem zaciągnął się cygarem, gdy patrzył, jak dealer rozdaje karty. Ozzy był bardzo pewny swego – miał żyłkę do hazardu i dużo szczęścia w pokerze. Spojrzał po towarzyszących mu przypadkowych ośmiu osobach... Osborn był spostrzegawczy, potrafił umiejętnie wydedukować jakie karty dostali przeciwnicy – wystarczyło, by chociaż jeden mięsień na twarzy oponenta poruszył się. On natomiast umiejętnie hamował swoje emocje, przez cały czas siedział z opanowanym wyrazem twarzy, nie zdradzał żadnych oznak radości, podekscytowania...
Przyszła jego kolej licytacji. Powoli wyciągnął cygaro z ust i wypuścił szary kłąb dymu. Ukradkiem spojrzał na swoje karty, po czym przeniósł wzrok na pulę.
    Sprawdzam – oznajmił.
Siedząca naprzeciw niego kobieta uniosła tylko brwi, patrząc, jak earl Jones dorzuca kilka żetonów. Poprzednią rundę przeczekała i Osborn musiał się długo zastanawiać czy przeciwniczka ma złe karty, czy blefuje. Mrugnął do niej, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały. Z powrotem włożył cygaro do ust, po czym pozwolił, by zabójczy dym znów wypełnił jego płuca.
    Non-limit? – usłyszał obok siebie.
Earl Jones rozsiadł się wygodnie. Ujął cygaro w dwa palce lewej ręki, a drugą teatralnie zamachał, rozwiewając chmurę dymu...
Zazgrzytał cicho zębami, gdy zauważył siedzącą obok niego postać. Cała sylwetka przybysza była skryta pod czarną, aksamitną peleryną, spod której wystawał fragment złotego rękawa, zrobionego z niespotykanego materiału. Palcami prawej dłoni, opartej o krawędź stołu, gość bębnił rytmicznie o blat. Jego skóra miała dziwny, chorobliwy szary kolor i poprzecinana była ledwo widoczną siatką złotych żyłek.
— Non-limit? – powtórzył przybysz, nieco bardziej nachalnie, tym samym skrzeczącym, upiornie wesołym głosem.
Osborn zerknął na lekko skonfundowanego dealera. Na piersi miał przybitą tabliczkę ze swoim imieniem...
    Bob? – zagadnął go Anglik.
Nieprzytomnym wzrokiem rozdający przeniósł wzrok z gościa na Osborna. Earl Jones zauważył na czole dealera kropelki potu...
    Bob, ruszże się. Ja mam pełnić honory?! – ofuknął go gracz.
Rozdający natychmiast się zreflektował.
— Ach... tak... – zająknął się. – Tak, to non-limit, ale najpierw ta rozgrywka musi się zakończyć... To nie potrwa długo. Musi pan poczekać, panie...?
    Rumpelstiltskin – wycharczał przybysz.
Z niewiadomych przyczyn Bob nagle pobladł... To zmusiło Osborna do przemyśleń. Już do końca rozgrywki nie mógł się skupić. W głowie cały czas dudnił mu wesoły głos Rumpel’a Stiltskina (czy jak on się zwał), przyprawiający o dreszcze... Denerwowało go, że nie widział kto tak naprawdę skrywa się pod peleryną. Już samym przerażającym faktem było to, że przez resztę gry Stiltskin zachowywał się jak cień: siedział nienaturalnie spokojnie, w ciszy obserwując spod kaptura przebieg rozgrywki... w pewnym momencie earl Jones przyłapał się na tym, że nasłuchuje, czy Rumpel oddycha... I nawet wtedy, gdy Osborn jak zwykle zgarnął całą pulę, nie poczuł on radości, a przeciwnie – jego przerażenie spotęgowało się. Zdążył odkryć bowiem dwie rzeczy... po pierwsze, że tajemniczy przybysz włącza się do gry, a po drugie...
Rumpelstiltskin nie oddycha.
Karty zostały rozdane... Zaczęły się licytacje... Wszystko działo się szybko, earl Jones nie nadążał za przebiegiem gry. Szło mu dobrze, jak zwykle miał nadzieję na wygraną, ale coś go niepokoiło... Nie potrafił się skupić. Powietrze zdawało się gęstnieć, a unosząca się w nim nieznana Osbornowi tajemnicza siła sprawiała, że Ozzy nie mógł zapanować nad emocjami, że zaczynał czuć się zagrożony...
 Z gry odpadły już dwie osoby. Spasowały, prawdopodobnie wtedy, gdy zorientowały się, że ich karty są za słabe... w porównaniu do skromnego króla pokera – Osborna earl Jonesa – oraz niebezpiecznego, tajemniczego przybysza – Rumpelstiltskina.
Padały coraz większe stawki... Anglik był rozkojarzony, nie wiedział czemu. Nie potrafił się zorientować w taktyce Rumpel’a. W uszach cały czas słyszał jego głos... Gra wydała mu się nagle jakoś dziwnie odległa... Chyba zaczynał tracić zmysły.
Spojrzał na swoje karty. Liczył na karetę, choć stopień prawdopodobieństwa był bardzo wysoki... to znaczy niski... Wysoki, czy niski? Spróbował obliczyć, wytężyć umysł... Nie mógł. Nie potrafił. Jego dłonie drżały, czoło miał mokre od potu. Co ten Stiltskin mu zrobił? Co on...?
PAC-PAC-PAC dłuższa przerwa PAC-PYK
Osborn uniósł głowę słysząc ten rytm. Rozejrzał się po zgromadzonych... Jego wzrok zatrzymał się na siedzącym po drugiej stronie stołu mężczyźnie w szerokim kapeluszu na głowie, którego rondo rzucało cień na jego twarz... Prawą ręką wybijał rytm na stole. Lewą uniósł do czoła i odchylił kapelusz, ukazując się Osbornowi. Popatrzył na niego, uśmiechając się lekko...
Dopiero teraz earl Jones dostrzegł w nim swojego starego przeciwnika z Anglii. John Greno, mistrz pokera w Rubiconie... Każda rozgrywka kończyła się albo jego wygraną, albo wygraną Osborna – często się też zdarzało, że obaj przegrywali. Po kilku grach postanowili pomóc sobie nawzajem w wygranej i opracowali wspólnie taktykę, polegającą na zniszczeniu przeciwników poprzez umiejętne podwyższanie stawki. Całą akcję trzeba było tylko rozpocząć w odpowiednim momencie gry... Ustalili więc, że taktykę będą wprowadzać w życie tylko wtedy, gdy jeden z nich wystuka wiadomość w Alfabecie Morse’a – wymyślili pięć różnych kodów, żeby żaden z przeciwników nie spostrzegł spisku: ON, START, PLAY, ACTION, NOW. Wystarczało tylko wybijać ten rytm wystarczająco długo...
PAC-PAC-PAC dłuższa przerwa PAC-PYK
Rozlegało się w kółko. ON – odczytał przekaz Ozzy. Naraz przegrana wydała mu się bardzo odległa. I choć postać Rumpelstiltskina nie opuszczała myśli Osborna, Anglik spróbował powrócić do gry...
    Podbijam – powiedział, po raz pierwszy od początku rozgrywki.
Od tego momentu gra znów nabrała tempa. Pula coraz bardziej rosła... Kilka osób zdążyło się już nabrać na podstęp Osborna i Johna, więc po prostu spasowało. Już niewiele graczy było wciąż w grze, ale i po nich było widać, że są coraz bardziej zdenerwowani.
    Sprawdzam.
    Pooodbijam... – oznajmił John Greno.
    Czekam – odezwał się Ozzy.
Już niewiele brakowało mu do wygranej... Padało coraz więcej komend, gra toczyła się coraz szybciej. Napięcie wśród graczy było niemalże namacalne.
    Ostatnia tura – powiedział Bob.
I znów zaczęły się licytacje... Znów pula wzrosła dzięki Greno i earl Jonesowi. Już na twarzy Johna pojawiał się cień tryumfu... Zaraz karty zostaną odsłonięte! Już twarz Osborna wykrzywiała się w niepohamowanej radości... Ah, jest jak za dawnych lat! Zaraz wygra, zaraz zgarnie całą pulę, zaraz on i John...
    All-in – cichy głos wyrwał go z rozmyślań.
Wszelki tryumf i radość znikły z twarzy Greno i earl Jonesa. Brwi Johna uniosły się ku górze... Cygaro wypadło nieświadomie Osbornowi z ust.
    Że... że co? – wyszeptał Jones.
Na jego twarzy pojawił się grymas niedowierzania, który szybko przekształcił się w pełen litości uśmiech.
    Blefujesz – stwierdził Ozzy.
Zdenerwowanie powróciło...
    Odsłońcie karty, panowie – zakomenderował Bob.
John Greno nie wychylał się – u niego w talii był jedynie flush []. Earl Jones ostrożnie położył swoje karty na stole... quads[], tak jak oczekiwał. Bardzo silny układ. Z jego obliczeń prawdopodobieństwa, on miał największe szanse na wygraną, ale wtedy...
Wtedy Rumpelstiltskin odsłonił swoją talię.
    NIEMOŻLIWE! – ryknął earl Jones.
Na stole leżało pięć kart, które idealnie układały się we wzór royal flush[]. Najsilniejszy ze wszystkich układów...
    Jesteś... jesteś oszustem, Rumpelstiltskinie! – zawołał Osborn, podrywając się.
Rumpel również wstał. Ściągnął kaptur z głowy, ukazując twarz, na widok której Bob osunął się na ziemię...
— Jestem oszustem, earl Jonesie... ale nie w kartach – oznajmił Rumpel, uśmiechając się tajemniczo.
Wyrzucił w powietrze, hen wysoko, wszystkie swoje żetony.
Na dłuższą chwilę zawiesił wzrok na twarzy Osborna... Twarzy, zniekształconej przez biegnącą w poprzek bliznę, układającą się – czego Ozzy wiedzieć nie mógł – w runę Eihwaz. Uśmiech na twarzy Rumpelstiltskina powiększył się.
W jego oczach rozbłysło złote światło i wtem...
...żetony opadły na ziemię, a w tym samym momencie całym budynkiem zatrzęsło. Rozległ się przerażający huk, głośny jak wybuch wulkanu. Szyby wypadły z okien, iskry same się posypały, ogień został wzniecony, światła zgasły...
Wszystko w jednej sekundzie.
Największe zniszczenia w historii dziejów dokonane w tak krótkim czasie. Wiele osób zginęło, wiele sprzętu zostało stracone... Sprawca zniknął. A jednak na wpół przytomny Osborn nie przejmował się żadną z tych rzeczy.
W jego głowie dudnił bowiem głos, który miał go jeszcze długo prześladować i imię, które już go nigdy nie opuściło...
Rumpelstiltskin.



Plan Lokiego zaczął się rodzić w jego głowie mniej-więcej wtedy, gdy iluzjonista zauważył, że każde silniejsze przechylenie statku następuje po pojedynczym ataku Potwora. Szybko obliczył częstotliwość uderzeń... Wiedział, że czas jest teraz najważniejszy, bo z każdym kolejnym atakiem Skidbladnir przechylał się coraz bardziej. A jeżeli okręt odwróci się całkowicie, to wtedy...
Spadnie na ziemię.
Loki stał na krawędzi barierki, spoglądając w dół. Jego czarne włosy rozwiał silny podmuch wiatru – tym razem jednak nie zawracał sobie głowy układaniem ich. Najważniejsze było to, że jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Cofnął się od przepaści, podchodząc do stojącej obok Sif.
    Nie musisz tego robić – powiedział, poważnie patrząc jej w oczy.
Dziewczyna spojrzała na niego hardo.
— Mówiłam już, że chcę ci pomóc, więc pomogę. Nie rozumiem tylko, czemu nie użyjesz magii, jak wcześniej?
Wcisnął jej w dłoń miecz i nakazał gestem, by uniosła ręce.
— Wcześniej? – powtórzył, ściągając z ramienia linę. – Ach, jak cię uratowałem? To było zaklęcie spowalniające czas... nie przyda nam się teraz.
Sif nie skomentowała. Pokornie pozwoliła obwiązać się liną w pasie, po czym podeszła do krawędzi, niepewnie spoglądając w dół. Jeżeli Loki jej nie utrzyma... Siłą wyobraźni zobaczyła najgorsze wizje, najkoszmarniejsze efekty planu iluzjonisty. Przełknęła nerwowo ślinę, krzywiąc się.
— No, już! Nie rób takiej miny! – usłyszała głos mistrza magii za sobą. – I uwierz: naprawdę mi przykro, że nie umiem latać... jak Mocarny Thor.
Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek, przepełniony kpiną z brata.
Wojowniczka zignorowała bezczelność Lokiego i powoli zeszła na pokład... Wiedziała, że władca naprężył wszystkie mięśnie, wykorzystując całą swoją siłę fizyczną, by ją utrzymać. Zgodnie z planem powoli się wyprostowała, wykorzystując napięcie liny – jej ciało tworzyło teraz z pokładem kąt dziewięćdziesięciu stopni, znajdowało się prostopadle do niego.
Zaczęła wolno iść przed siebie, ostrożnie stawiając kroki. Czuła, jak lina coraz bardziej wżyna jej się w brzuch. Starała się jednak pokonać ból, nie zważać na niego... Wiedziała, że od tego, czy jej „misja” się powiedzie, zależały losy całego okrętu.
    Sif, pospiesz się... – jęknął Loki.
Na jego czole perliły się kropelki potu. W duchu cieszył się, dziękując losowi, że przyszedł mu do głowy taki pomysł, by założyć rękawiczki. Może niewiele dawały, ale przynajmniej ból w dłoniach nie był taki silny. Domyślał się, że z każdym kolejnym podejmowanym wysiłkiem coraz bardziej zdziera sobie skórę i pewnie wnętrza jego dłoni wyglądają już jak żywe mięso, ale nie miał teraz czasu na zajmowanie się takimi błahostkami, a poza tym zasoby jego magii powoli się kończyły i prawdopodobnie nie miał ich w wystarczającej ilości, by się uleczyć. Tak też cierpiał sobie po cichu, czekając, aż Sif dotrze do wyznaczonego miejsca...
Nudząc się okropnie, policzył wszystkich rannych, jakich dostrzegł na statku. Po dłuższej chwili dziewczyna wciąż nie była u celu, więc Loki postanowił przy okazji wyliczyć jaki procent stanowią ranni wśród pierwotnej liczby osób w załodze. Westchnął, widząc, że dziewczyna znalazła się w punkcie docelowym.
    Stój! – zawołał władczym tonem głosu.
Sif zatrzymała się niepewnie. Poczuła delikatne szarpanie liny, gdy Loki przekładał sobie  sznur między rękami... Przez moment pomyślała, że może coś mu się stało i stąd te czarne rękawiczki, ale zaraz odrzuciła ten pomysł, by skupić się na zadaniu. Chwyciła mocno miecz, łapiąc oburącz za rękojeść i z całej siły wbiła go w pokład. Uśmiechnęła się, widząc, że ostrze ślicznie się zagłębiło w drewnie. Już chciała się upewnić, czy dobrze się trzyma, czy nie wypadnie, gdy nagle...
Coś ją pociągnęło do tyłu.
Upadła na plecy, uderzając głową o burtę... Przez dłuższą chwilę dzwoniło jej w uszach. Jak zza zasłony słyszała głos Lokiego:
    Nie chciałem jej zabić... – cedził przez zaciśnięte zęby.
Gdy wzrok jej się wyostrzył, zobaczyła trójkę swoich przyjaciół. Niczym drzewa, niemożliwe do pokonania, otaczali iluzjonistę. Mistrz magii nie wyglądał jednak bezbronnie... wręcz przeciwnie. Zacięty wyraz jego twarzy, pomieszany z czystą, bezwzględną nienawiścią, napawał obserwującego strachem. Przez całą dumnie wyprostowaną sylwetkę Lokiego przemawiała wyższość i niezwyciężalność.
Nagle coś znów uderzyło w statek...
    Dajcie mi przejść! – rzucił władczo iluzjonista, a jego oczy rozszerzyły się w strachu.
Żaden z członków Wojowniczej Trójki nie miał jednak zamiaru się odsunąć. Hogun zagrodził drogę magikowi...
— Nie, póki nie powiesz nam prawdy! – Jego złowróżbne spojrzenie świadczyło o tym, że w razie konieczności nie zawaha się przed użyciem ściskanego w ręce toporka. – Cały czas nas okłamywałeś, prawda? Chcemy wiedzieć, co tu się, do ciężkiej cholery, dzieje!!!
Loki wzniósł oczy ku niebu. Był coraz bardziej zirytowany.
— Nie mam teraz czasu na te wasze pierdoły... – powiedział na pozór spokojnym głosem. – Załatwimy to potem, dobrze? – Uniósł brwi wymownie, po czym ponowił próbę przedostania się do barierki.
Sif, obserwująca całe zdarzenie, próbowała powiedzieć swoim towarzyszom, że to jedno wielkie nieporozumienie, że Loki nic jej nie chciał zrobić, że tak naprawdę próbuje ocalić statek, ale wciąż jej szumiało w głowie i nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa... A poza tym nikt nie zwracał na nią uwagi. Po prostu świetnie.
    Mów natychmiast: co chciałeś zrobić Sif?! – wysyczał Fandral. Dla niego chyba bardziej liczyła się Lady Sif od Skidbladniru...
Iluzjonista zacisnął zęby ze złości.
    Dobrze! – zawołał wściekle. – Macie mnie... TAK! Chciałem ją zabić! – Odetchnął głęboko, zirytowany do reszty... – A teraz z drogi – warknął.
Doskonale wiedział, że będą próbowali go powstrzymać. Kątem oka zauważył, że Sif powoli się podnosi i staje na nogach... I wtedy w głowę Lokiego uderzyła bardzo budująca myśl: co, dla Idiotycznej Trójki, jest ważniejsze od schwytania i zabicia iluzjonisty na wszystkie możliwe sposoby? Zdrowie Sif! No, przecież!
Wojowniczka patrzyła, jak iluzjonista – pod wpływem impulsu – szybko przekręca się wokół własnej osi i wykorzystując siłę obrotu...
ŚWIST!
ciska w Sif swoim sztyletem.
ŁUP!
Ostrze przebiło zbroję i zagłębiło się w jej skórze aż po rękojeść. Z rany od razu trysnęła krew...
Zszokowana dziewczyna zgięła się wpół.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami.
Całe jej ciało przeszył dreszcz...
Dotyk Śmierci.
Świat wokół niej zalała fala czerwieni.
Na jej rękach, na zbroi, wszędzie była krew... tyle krwi...
A z każdą ubywającą kropelką posoki, Sif była coraz bliżej końca.
Nie chciała umierać. Nie teraz. Nie tak...
Po jej policzkach spłynęły łzy złości, bezsilności... Czuła, że obok niej pojawili się jej przyjaciele, chcący jej pomóc... Oni jej jednak nie obchodzili. Nie interesowało ją nic, poza tym, dlaczego Loki to uczynił. Myślała, że choć trochę mu na niej zależy, że mają do siebie zaufanie, a on... on tak po prostu ją zabił? Do końca miała nadzieję, że łączy ich jakaś więź, coś więcej oprócz wspólnej tajemnicy i celu.
Czyżby się pomyliła?
Czyżby Fandral naprawdę miał rację i Sif popełniła największy błąd w swoim życiu, obdarzając Lokiego zaufaniem?
To niemożliwe... To musi być niemożliwe!
Tyle pytań gromadziło się teraz w jej głowie, ale tylko jedno było dla niej naprawdę ważne... Dlaczego, Loki? Dlaczego?!
Jej powieki opadły, pozwalając łzom spłynąć po jej twarzy.
To nie może się dziać naprawdę...
Nie może...
Ech...
...
Tak głupio umrzeć...



-----------------------------------------------
Witam wszystkich!
Dzisiaj komentarz krótki, bo nie mam weny...Szczęśliwego Nowego Roku! Mam nadzieję, że udał wam się Sylwester? Niestety, rok 2014 minął szybko, dając nam od naszego kochanego Toma mnóstwo atrakcji i niespodzianek - nie martwcie się: 2015 zapowiada się jeszcze lepiej! Jeżeli chodzi o rozdział: przybliżam postać Rumplestiltskina i nie jest to crossover, chociaż bardzo się wzoruję na postaci z serialu Once Upon a Time - tutaj możecie go zobaczyć.I na sam koniec pytanie do was: cieszycie się, że Sif umiera? :33
PozdrawiamA.


6 komentarzy:

  1. Ja nie cieszę się, że Sif umiera. Akurat Twoje opowiadanie jest jedynym, gdzie mi się podoba, jest fajnie wykreowaną postacią. Choć pewnie nie mamy się co martwić, bo Sif raczej przeżyje. Chyba, że zrobisz nam niespodziankę?
    Fragment z Rumpelstiltskinem interesujący, ale jakoś mnie nie porwał. Postać ta jednak z pewnością jest interesująca. Skoro potrafi spowodować aż takie zniszczenia, to na pewno akcja się zagęści, gdy dojdzie do jego konfrontacji z superbohaterami...
    Rozdział jednak skradli Loki i Sif. Ta dwójka za każdym razem powoduje, że serce szybciej mi bije. Lekko i przyjemnie kreślisz ich relację, nie na siłę. Choć wydaje mi się, że Trzech Wojów kreujesz na trochę głupkowatych i nieostrożnych. Nie widzą, co dzieje się z Sif? Wisi nad przepaścią, a oni mają do Lokiego pretensje... Dowódca to dowódca i on wie najlepiej co robić w sytuacjach zagrożenia. Co prawda jest też Kłamcą, ale... No sama nie wiem co o tym myśleć, takie jest moje zdanie.
    Jak zawsze świetne opisy i dialogi, nic dodać nic ująć :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, że się nie cieszę, że Sif umiera. Była to jedna z moich ulubionych postaci w tym opowiadaniu. Zaraz po Lokim! Nie mogę uwierzyć, jak mogłaś posunąć się do czegoś takiego! To okropne! Przerażające! Takiego świństwa się po Lokim nie spodziewałam. Mam jednak nadzieję, że jakimś cudem Sif wyzdrowieje :)
    Ten Rumpelstiltskin to interesująca postać. Bardzo tajemnicza i w pewien sposób przerażająca. Czekam, aż jego wątek bardziej się rozwinie i dowiemy się, jaki ma związek z resztą fabuły.
    Bardzo się cieszę, że rozdział pojawił się tak szybko :) Nawet nie odczułam tego upływu czasu, bo upragniona przeze mnie przerwa świąteczna minęła mi w mgnieniu oka. Teraz czekam na kolejną część z niecierpliwością :D
    Pozdrawiam!
    Ana

    OdpowiedzUsuń
  3. Ohoho.....Umierajaca Sif....no nie powiem,tu mnie zaskoczylas. Jej mieranie jest na tyle dziwne wrecz,ze tak sie zastanawiam,czy nie wykrecisz numeru i jakos cudem jej nie ocalisz. To byloby nie mniej szokujaco-zaskakujace.
    Loki knuje ciagle cos po katach,albo jego plany sa improwizacja,czasem nie wiem....
    No i pojawila sie tu nowa postac. Interesujacy fragment tu wplotlas,na razie jest zupelnie bez sensu i nijak nie wyglada na taki coby pasowal,a jednak wprowadza pewna tajemnice, mozliwe ze i intryke,az jestem zaciekawiona co uczynisz z ta osoba dalej.
    Czejam na newsy
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie, nie, nie. Sif nie umrze, nie pozwolisz jej na to, co nie? To pierwsze opowiadanie w którym tak przypadła mi do gustu. Świetnie ją tu kreujesz, no i niesamowicie zgrywa sie z Lokim. Tworzą bardzo fajny, intrygujący duet. Mogalbym czytać o nich caly czas, chociaż moją uwagę i tak zawsze będzie przyciągał kłamca xD. Ahh, nic na to nie poradze! Opisujesz go wybornie ^^ mam maslane oczy jak zawsze.
    Czekam na ciąg dalszy, nowa postać ciekawa. Chętnie dowiem się, co wprowdzi do historii.
    Ogółem, brawo. Jak za każdym razem chyle czoła. Dużo weny i pozdrawiam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajnie piszesz. Najbardziej podobają mi się fragmenty z Lokim i Sif.
    Pozdrawiam i życzę weny.
    Ps. Sif nie może umrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej. Twoje. Opowiadanie jest ciekawe. Oby tak dalej. Proszę nie zabijaj Sif. Kiedy następny rozdział?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Język urzędowy: staroskandynawski.
Mile widziany alfabet runiczny :)

» «