Wszystkie Odcienie Zieleni to opowiadanie o Lokim - nordyckim bogu kłamstw. Powstaje ono w oparciu o mitologię nordycką i serię filmów Marvela. Jest to historia własna. Po więcej info zapraszam do zakładki "o blogu".
Status: trwające
Gatunek: fantasy/fanfiction

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 12.2

ROZPACZ



Tygodnie mijały nieubłaganie.
Przyjaźń Lokiego i Fenrisulfa stawała się coraz silniejsza. Wilk był pierwszym, prawdziwym przyjacielem iluzjonisty. Wspólne rozmowy stały się dla nich przyjemną codziennością. Treningi nieuchronnym obowiązkiem.
A brak poczynania przez Lokiego postępów wyjątkowym testem cierpliwości.
    Skup się – warknął Książę Muspelheimu.
Loki poprawił pozycję, w jakiej stał. Rozluźnił ręce, ale zaledwie na moment – zaraz znów je uniósł i wyciągnął przed siebie, celując w skały przed sobą. Jego twarz była cała napięta.
    Jestem skupiony... – sapnął.
Łańcuchy zaszeleściły.
    Nie. Jesteś. Przestań myśleć. Za dużo myślisz. Działaj.
Loki machnął rękami. Jego oczy na ułamek sekundy rozjaśniły się w jaskrawej zieleni, która jak szybko się pojawiła, tak szybko znikła. Nic się nie wydarzyło.
    Nie mogę – wydusił. – Nie dam rady...
    SKONCENTRUJ SIĘ!
    Bardziej nie mogę!
    Przestań gadać i zacznij robić to, co ci każę – wysyczał Fenrisulf.
Iluzjonista posłusznie się zamknął i spróbował ponownie... Jednak dopiero po chwili dotarł do niego sens słów wilka. Zamrugał kilka razy, zaskoczony.
    Mam robić to, co ty mi KAŻESZ?
Poczuł ogarniającą go wściekłość. Nikt nigdy nie będzie mu rozkazywał. ON został stworzony do bycia królem. Cała reszta ma się podporządkować, stworzona po to, by Loki nią rządził.
Nie doczekawszy się reakcji ze strony Fenrisulfa, odwrócił się gwałtownie w jego stronę, przy okazji zupełnie przez przypadek zataczając szeroki łuk ręką...
Buchnęło światło.
Posypały się iskry.
Obydwoje odskoczyli, oślepieni.
Przez dłuższą chwilę każdy z nich mrugał szybko, próbując odpędzić sprzed oczu czarne, rozmazane plamy. A gdy wreszcie odzyskali ostrość widzenia, to co zobaczyli, wprawiło ich w najszczersze zszokowanie.
    Jak to zrobiłeś? – wyszeptał Fenrisulf.
Loki rozłożył ręce na boki, w geście bezradności. Wpatrywał się w swoje dzieło, niedowierzając. Konsternacja pożerała jego twarz.
— Masz olbrzymią moc, Szalony. Naprawdę olbrzymią. – Wilk patrzył w to samo miejsce, co Loki. Po chwili jednak przeniósł wzrok na niego. – To magia naturalna. Możliwe, że nie będziesz w stanie opanować jej w ogóle...
Iluzjonista machnął na niego ręką.
— Chcę spróbować. Jeżeli faktycznie jest tak, jak mówisz... jeżeli mam olbrzymią moc, spróbuję rozbudzić pozostałe typy magii. Muszę spróbować.
Fenrisulf pokiwał głową.
    Nie nad wszystkim można panować, Szalony.
Loki chciał odpowiedzieć, że doskonale o tym wie, ale w jego krtani wyrosła nagle jakaś dziwna blokada. Podświadomie wyczuł, że jeżeli będzie trenować, to mu się uda. Wolał jednak nie mówić żadnych słów na głos – nie chciał zapeszyć. Ale patrząc na swoje dzieło, jego nadzieja stawała się wręcz namacalna...
Na ziemi, zbudowanej z magicznej skały, której praktycznie nic nie mogło zniszczyć, rysował się idealny łuk, powstały od jego machnięcia ręką. Lity kamień, wcześniej szary, teraz przybrał odcień smolistej czerni – powoli spopielany przez równą ścianę zielonego, drgającego
ognia, wysokiego na około metr. Wyrastał wprost z podłoża. Był zabójczy... I jak najbardziej prawdziwy.
Loki uśmiechnął się chytrze do siebie.
Realnie istniejące PŁOMIENIE.
Jego tajna broń...


Któregoś ranka, gdy Loki wtargnął do kuchni, jak zwykle równo o świcie, coś się zmieniło. Konkretnie, były to dwie, nowe rzeczy, na widok których iluzjonista aż stanął jak wryty.
Po pierwsze, kuchnia była pusta. Nie było tu żadnego jedzenia... Zazwyczaj o tej godzinie wszędzie stało pełno półmisków, przygotowanych zawczasu, a teraz czekających tylko, aż ktoś po nie przyjdzie. Ale tym razem nie było tu niczego...
Po drugie, drzwi prowadzące do sali jadalnianej były otwarte – kolejne odstępstwo od normy. Loki, zaciekawiony, podszedł bliżej i...
    Czekaliśmy na ciebie! – zawołał Thor.
...o mało nie padł z wrażenia.
Cały stół był zastawiony jedzeniem. Siedziała przy nim rodzina królewska i paru znajomych gromowładnego. Wszyscy byli zajęci pałaszowaniem tych niewielkich resztek, jakie zostały na półmiskach. Ciekawe, o której godzinie musieli wstać, że już nie było trzech czwartych jedzenia?
    Wejdź, Loki, musimy porozmawiać – odezwał się Odyn.
Na usta iluzjonisty cisnęło się tak wiele przekleństw, że... w ostateczności związał ciasno wargi, tworząc z nich cienką linię. Stłumił gniew w sobie, pod maską względnego niesmaku. To, co w tej chwili czuł, można było odgadnąć jedynie patrząc mu w oczy.
Oczu nigdy nie umiał maskować – jego własne spojrzenie za bardzo go parzyło... było zbyt gorące dla niego samego, a co dopiero dla innych! Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak przenikliwie potrafi patrzeć na ludzi. I do czego ich w ten sposób doprowadza...
Oczu JESZCZE nie umiał maskować. Ale był pewien, że w przyszłości dojdzie do perfekcji.
Wtedy przecież nie mógł wiedzieć, jak pewność siebie może być czasem zgubna... a w szczególności wobec niego.
Przekroczył próg i ruszył w stronę stołu dziarskim krokiem, przepełnionym bezczelną odwagą i naturalnym, królewskim majestatem, przed którym strach, niepewność i bezsilność czmychnęły po drodze. Usiadł naprzeciwko Thora, koło matki, wcześniej zatrzymawszy się na dłuższą chwilę, by zmierzyć zgromadzonych władczym wzrokiem.
— Siedzisz już, Lok? – parsknął gromowładny, przerywając swoje przekomarzania z kumplami.
Iluzjonista obdarzył go chłodnym spojrzeniem. Mięśnie jego twarzy widocznie poruszyły się, gdy zacisnął zęby – i była to jedyna oznaka parującej w nim wściekłości. W końcu jednak zdołał przełknąć to gorzkie uczucie, ale nie był już w stanie przywdziać na twarzy maski nonszalancji.
Sięgnął ręką po kromkę chleba, choć korciło go, by użyć niedawno nauczonej sztuczki z psychokinezą. Odchylił się na krześle i zaczął lekko chwiać. Wpatrując się w kromkę, odrywał od niej małe kawałki i zjadał, ale nie odczuwał z tego żadnej przyjemności. Gdyby nie to, że jego beznadziejny organizm potrzebował energii, mógłby nie jeść w ogóle. A i tak jadł zdecydowanie mało.
— Nie chcę was popędzać, żebyście się nie zadławili, ale... – Podniósł wzrok na Odyna. – Pospieszcie się – powiedział. – Nie mam całego dnia, muszę...
Thor beknął głośno, wywołując salwy śmiechu u swoich kompanów. Loki zamrugał szybko, niedowierzając temu, co widzi. Był całkowicie zniesmaczony i już nawet nie próbował tego ukrywać.
— Nic nas nie obchodzi, co musisz – zaczął Thor, ale umilkł natychmiast, pod wpływem machnięcia ręką Odyna.
Bóg wojny wyprostował się, nadzwyczaj spokojnie, wytarł usta chustką, po czym łaskawie obdarzył Lokiego wymownym spojrzeniem.
    Zwalniam cię z twojego stanowiska – powiedział.
Iluzjonista wpatrywał się w niego, nie ośmielając się odezwać. Szok malował się na jego twarzy. Nie miał bladego pojęcia, o czym Odyn mówi.
— Już więcej nie musisz być ulfs fostra. Dzisiaj wyruszamy do Alfheimu... Nie mieliśmy czasu, aby o tym porozmawiać, bo ciągle cię nie było – mówił Wszech-ojciec. – Na wschodnich terenach wybuchły bunty rebeliantów. Rozruchy rozprzestrzeniają się na dalsze obszary. Naszym celem będzie ich stłumienie.
Loki już zupełnie zdążył zapomnieć, że ojciec mianował go opiekunem wilka. Od tego czasu minął blisko miesiąc... a jego życie zdążyło się tak gwałtownie zmienić. W dodatku pierwsze słyszał  o jakichś buntach wśród Alfów. Naprawdę, musiał bardzo mocno wyłączyć się z asgardzkiego życia. Gorąco myślał nad tym, jaki związek z tym wszystkim ma Fenrisulf. Słuchał więc w skupieniu.
— Obawialiśmy się, że bez silnej, skutecznej broni nie zdołamy ich pokonać – kontynuował Odyn. – Złożyłem więc Fenrisulfowi pewną propozycję. On pomoże nam wygrać tę wojnę, a my jego w zamian uwolnimy. Twoja służba nie będzie więc już potrzebna.
Rozległ się huk, gdy Loki wraz z krzesłem runął na podłogę. Chcą zrobić z Fenrisulfa BROŃ? Szybko pozbierał się z ziemi i usiadł z powrotem. Otworzył usta, zaraz je jednak zamknął, nie wiedząc, co powiedzieć.
Do tej pory myśl o tym, że Fenrisulf może zostać uwolniony, nawet nie przechodziła przez zakamarki jego umysłu. Nie dopuszczał tego do świadomości. Żył w błogostanie, który dla niego miał trwać całą wieczność. Nigdy się nie zastanawiał nad tym, co jest ważne dla Pogromcy, ani nad tym, co będzie POTEM, gdy on zostanie uwolniony. Przede wszystkim: co z ich przyjaźnią? Nie mógł stracić jedynego przyjaciela!
— ...nie wiem, kogo przydzielimy do nadzorowania wilka. Zbyt wielu ochotników nie ma.
Głos Odyna wyrwał Lokiego z rozmyślań. Popatrzył na ojca z nową energią. Siłą, wręcz emanującą z jego wnętrza. Bóg wojny poruszył się niepewnie, czując się niezręcznie pod wpływem tego spojrzenia.
    Ja mogę iść, ojcze – powiedział iluzjonista, starając się zabrzmieć naturalnie. – W końcu przez ostatnie parę tygodni byłem ulfs fostra... Pilnowanie Pogromcy nie powinno być dla mnie problemem.
Bóg wojny popatrzył na niego nie kryjąc zaskoczenia.
    Zrobiłbyś to?
Loki przyjrzał się swoim dłoniom, z udawaną nonszalancją.
    Cóż... Wydaje mi się, że ewentualnie mógłbym to zrobić.
    Ewentualnie...?
Iluzjonista podniósł wzrok. Obdarzył go drwiącym uśmiechem.
    Wszystko zależy od tego, jak rozwinie się sytuacja na polu bitwy.


Sytuacja na polu bitwy nie rozwijała się.
Wszystko zaczęło się knocić już od samego początku, gdy tylko Thor stanął przed zgromadzoną przez Odyna armią wojowników, berserkerów i einherjarów, by przemówić. Obok niego, w jego cieniu, stał Loki. Udawał, że pilnuje wymyślnej klatki, w której zamknięto Fenrisulfa – klatka ta była o tyle specyficzna, że unosiła się w powietrzu, a przenosiło się ją z taką łatwością, jakby nic nie ważyła. Była przykryta grubym, jasnobrązowym płótnem.
Iluzjonista wpatrywał się martwym wzrokiem w ciemny punkt przed sobą, za wszelką cenę usiłując nie zasnąć. Thor nie był dobrym mówcą.
    Proszę was wszystkich o ciszę – zawołał. – Cisza! – jego wołania były daremne.
Prawdę powiedziawszy, Thor był beznadziejnym mówcą.
Włosy Lokiego zmierzwiły się pod wpływem gwałtownego podmuchu powietrza. Jego oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia, gdy poczuł na skórze jego ciepło. Obrócił głowę, skonsternowany, a wtedy w jego nozdrza uderzył zalatujący stęchlizną smród. Wykrzywił się w grymasie obrzydzenia... Dopiero po chwili, gdy zauważył, jak płachta przykrywająca klatkę się porusza, zdał sobie sprawę z tego, że to był ODDECH Fenrisulfa.
    Nie sap tak na mnie, stoję tuż obok – warknął cicho w kierunku klatki.
Odpowiedziało mu głośne westchnięcie. I kolejna fala smrodu.
— Cholera jasna, Fenrisulf! Jesteś w fazie rozkładu, czy co? – Iluzjonista zmarszczył nos, czując że jest o krok od zwrócenia śniadania. – Zapewniam cię na kości Ymira, że twojemu oddechowi daleko do perfum.
    Długo jeszcze? – spytał niezrażony wilk. – Nudzę się, cholera. Niech no mnie tylko wypuszczą, a pójdę do tego twojego brata i...
    Pogromco, wytrzymaj jeszcze trochę – przerwał mu. – Ostatnia walka dla Asgardu. A potem cię uwolnimy.
    Nie chce mi się już czekać... Nudzę się – powtórzył Fenrisulf.
    A idź się wypchaj – odparował Loki. – Najlepiej miętą – dodał po chwili, machając ręką przed nosem w próbach odpędzenia się od stęchłego zapachu.
Płachta poruszyła się nieznacznie, a po chwili wychylił się spod niej czarny nos, który trącił lekko Lokiego w rękę.
Iluzjonista odskoczył gwałtownie, obrzydzony. Rozejrzał się, mając nadzieję, że nikt tego nie zauważył, po czym powrócił do klatki, idąc w jej stronę wolnym krokiem...
    Zdziczałeś?! – warknął, zniżając głos.
Nos poruszył się, próbując odgarnąć płótno zasłaniające mu widok.
— Powiedz braciszkowi, żeby zrobił jakiś użytek z tej swojej zabaweczki. Jeżeli to jest ten słynny MŁOT, to jakoś nie widzę, by był do czegokolwiek w tej chwili przydatny...
Loki pokiwał głową, po czym podszedł do Thora. Stanął tuż za nim i powtórzył mu pomysł Fenrisulfa.
    Niezła myśl – skwitował gromowładny.
Odepchnął Lokiego od siebie, wyciągnął mjollnir, po czym z całej siły uderzył nim o ziemię. Rozległ się huk równy dziesięciu piorunom, w powietrze wzbił się pył, a niewytłumaczalnie silna moc odepchnęła stojących najbliżej wojowników gwałtownym podmuchem... Iluzjonista z trudem utrzymał się w miejscu, schylił głowę, gdy posypał się na niego grad ziemistych grudek.
Wszyscy ucichli. Niektórzy zaczęli rozglądać się wokół siebie, nie wiedząc, co się stało. W końcu większość zaczęła zwracać uwagę na Thora.
Władca piorunów poruszył się niepewnie, przytłoczony ciężarem tych wszystkich spojrzeń.
— Posłuchajcie... – odezwał się. Odchrząknął. – Posłuchajcie! – powtórzył głośniej. – Niektórzy z was wiedzą, w jakim celu się tutaj zebraliśmy. Inni jednak nie. Chciałbym więc wam teraz ten cel co-nieco przybliżyć, jako że będę przemawiał w imieniu Odyna, który wraz z grupą najbardziej oddanych mu einherjarów już wyruszył...
Niektórzy wojownicy zaczynali tracić zainteresowanie. Rozległy się szmery, gdy oddali się cichym rozmowom. Las szeptów coraz bardziej narastał.
— Może przejdę do rzeczy... – kontynuował Thor, choć już wiedział, że jest przegrany. – Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że tutaj, w Alfheimie, wybuchły bunty przeciwko mojemu ojcu... to znaczy, Odynowi, i... – Widząc, że wojownicy go nie słuchają, chwycił się ostatniej deski ratunku: – Mamy broń! Możemy to wygrać!
Loki wyłączył się. Nie słyszał już nic, poza wrzawą, jaka zapanowała między wojownikami. Tracili czas. CENNY czas. Poczuł, że musi coś zrobić... Że musi interweniować.
    Szalony... – ostrzegawczy głos dobywający się z wnętrza klatki.
Loki przełknął ślinę.
    Wiem, co powiesz. „Nawet o tym nie myśl” – czy tak?
Gniewne prychnięcie Fenrisulfa.
    Szalony, ruszże się, dzieciaku. Zrób to. Teraz.
Słowa Fenrisulfa napędziły go nową siłą. Uśmiechnął się do siebie chytrze, gdy ruszył w stronę niewielkiego podwyższenia. Na początku niepewnie, ale z każdym kolejnym krokiem z coraz bardziej narastającą odwagą. A gdy stanął obok Thora i delikatnie, wymownie go odepchnął, nie czuł nic poza mocą, wibrującą w jego żyłach.
Spojrzał po zgromadzonych wojownikach. Wdech. Wydech. Wdech.
    ZAMKNĄĆ SIĘ, WSZYSCY!!! – wydarł się. –  STULIĆ DZIOBY, ALE TO JUŻ!!!
Wydech.
Seria głębokich, głębokich oddechów.
Zdezorientowani wojownicy uciszyli się. Skupili całą uwagę na iluzjoniście. Zacisnął zęby, okazując w ten sposób swoją irytację. Jego władczy wzrok przesunął się po wojownikach... Niejeden z nich cieszył się teraz w duchu, że spojrzenie nie może zabijać.
— Czy wy jesteście bandą wioskowych przygłupów? – rzucił Loki. – A może prymitywami z Midgardu? – Cisza. – To może armią zaplutych, rozwydrzonych Olbrzymów? – Cisza. – KIEDY PYTAM, MACIE ODPOWIADAĆ!!! – wrzasnął.
Kilku wojowników aż skuliło się w sobie. Odezwały się ciche pomruki, zaprzeczenia...
    Nie słyszę was, ĆWOKI!
Tym razem rozległy się chóralne okrzyki, zaprzeczające słowom Lokiego.
— Tak lepiej! – Kąciki jego ust uniosły się w perfidnym uśmiechu.
W przypływie pewności siebie zeskoczył z piedestału i ruszył przed siebie, nie przestając mówić. Wojownicy rozstępowali się przed nim, jak rzeka opływająca kamień.
— Alfheim odwrócił się od Asgardu! – zawołał Loki. – Po waszych minach widzę, że mi nie wierzycie. MACIE RACJĘ! – zatrzymał się i powiódł wzrokiem po otaczających go wojownikach. – Na razie. Bo TO może się stać. Już niebawem. – Zrobił efektowną pauzę. – Niejaki Gandalf gromadzi na wschodzie rebeliantów, by zaatakować stolicę i wystąpić przeciwko Geirstadaalfowi. Nie możemy do tego dopuścić. Jeżeli Gandalf zrzuci z tronu Geirstadaalfa i przejmie władzę, jaką możemy mieć pewność, że jego następnym celem nie stanie się Asgard? – odwrócił się i popatrzył na oniemiałego Thora. Ruszył z powrotem. – Za niedługo wyruszamy na wojnę. Stłumimy wszelkie oznaki buntów. Zdepczemy rebeliantów, jak mrówki. A tego, kto przyniesie Odynowi głowę Gandalfa, czeka nagroda... – Ponownie się zatrzymał. Jego wzrok przesunął się po wojownikach, zatoczył koło, zatrzymał na klatce. – Naszą przewagą jest... broń!
Rozrzucił szeroko ręce na boki, posyłając Thorowi wymowne spojrzenie. Gromowładny zmarszczył czoło, nie wiedząc, o co mu chodzi. To Lokiego zirytowało. Wywrócił oczami, po czym uniósł brwi i spojrzał na niego jeszcze bardziej wymownie. Thor wciąż jednak nie wiedział, o co chodzi. Loki zazgrzytał zębami – jego wzrok przeskoczył na klatkę, po czym z powrotem na Thora. Na klatkę i z powrotem, na klatkę...
Wreszcie gromowładny zrozumiał. Szybko się reflektując, podbiegł do klatki, po czym zamaszystym ruchem zrzucił z niej okrywający ją pled.
Rozległy się donośne ochy i achy, gdy wszyscy zgromadzeni ujrzeli Fenrisulfa.
Jego czarna, lśniąca sierść była nastroszona. Ślepia błyszczały mu złowrogo, niesamowitym odcieniem złota. Kły szczerzyły się drapieżnie. Ostre jak brzytwy pazury miał wysunięte. A najbardziej niesamowite było to, że...
Fenrisulf płonął.
Cała jego sylwetka skrzyła się od ognia, nad którym PANOWAŁ. Złote, czerwone, pomarańczowe płomienie okrywały go, niczym całun. Drgały, tańczyły po jego ciele.
— Mamy broń! – powtórzył Loki. – I nie zawahamy się jej użyć, gdy dojdzie do ostatecznego starcia! Co wy na to?!
Rozległy się krzyki aprobaty.
— To jest nasza wojna! – wrzasnął iluzjonista, coraz bardziej podniecony. – Drżyjcie narody Alfów, drżyjcie ziemie Alfheimu... NADCHODZI CHAOS! – Wiwaty. – NADCHODZI SPUSTOSZENIE! – Coraz głośniejsze wiwaty. – NADCHODZI ASGARD! – Wiwaty nie znają końca. – TO JEST NASZA WOJNA, WOJOWNICY ODYNA, I MY. JĄ. WYGRAMY!!!
Wybuch euforii. Fajerwerki rozdzierają gardła wojowników. Radość opada na ich ramiona. Bojowe okrzyki zagrzewają do walki...
A Loki stoi pośrodku tego wszystkiego. Czuje wypełniające go ciepło. Czuje się jak najbardziej spełniony. Czuje, że doświadczył jednej ze wspanialszych chwil w jego życiu. Otaczający go wojownicy patrzą na niego z uznaniem, uśmiechają się do niego, dotykają go, gdy przechodzi przez tłum, w stronę Fenrisulfa. To JEGO ludzie. Są tu dla niego.
Loki odwrócił się, by ostatni raz popatrzeć na armię. Swoją armię.
    JESTEŚCIE ZE MNĄ?!
Okrzyki radości, jeszcze głośniejsze niż wcześniej.
    POKAŻMY WIĘC ALFOM, CZYM NAPRAWDĘ JEST GNIEW ASGARDU!!!
Wielka, masowa euforia, która...
w jednej sekundzie ucichła.
Peleryna Thora, stojącego przy klatce Fenrisulfa... zajęła się ogniem.


W namiocie dowódczym panował zgiełk i harmider. Loki i Fenrisulf z trudem słyszeli siebie nawzajem. Iluzjonista zawzięcie tłumaczył coś przyjacielowi, pokazując mu jakieś informacje na mapie. Pogromca słuchał go w skupieniu.
— Pójdziemy przodem. Ty uruchomisz tę swoją pożogę i wyczyścisz szyki. Będę tuż koło ciebie.
    Jasne. I nic nie będziesz robić.
    OPANOWAŁEM parę umiejętnych sztuczek...
    Ale to są wciąż tylko SZTUCZKI, Szalony. My idziemy na wojnę, a nie do cyrku.
Loki popatrzył na niego wściekle.
    Zdaję sobie z tego sprawę, ale...
    Nie – przerwał mu Fenrisulf. – Najlepszy wciąż jesteś w iluzjach, Szalony. Zrobimy tak: w połowie walk odłączysz się ode mnie i skierujesz do ich obozu. Tam powinieneś znaleźć Gandalfa. Ja dołączę później.
Iluzjonista przez dłuższą chwilę patrzył na niego spod zmrużonych powiek.
— Zgoda... – powiedział niepewnie. – Ale nie wejdę do namiotu Gandalfa bez ciebie. Będę czekać... Na ciebie też mogę rzucić iluzję, jakbyś potrzebował pomocy.
Fenrisulf parsknął chrapliwym śmiechem.
— To raczej nie będzie potrzebne. Wydaje mi się, że sami będą mi schodzić z drogi, na widok ognistej kuli ognia...
Loki uśmiechnął się chytrze.
    Idę z wami – usłyszał za sobą czyjś głos.
Zamarł. Odwrócił się, by spojrzeć prosto w twarz Thora. Przez dłuższą chwilę patrzył na niego, czując, jak ulega jego płonącym oczom, jak wewnętrzny lęk przejmuje nad nim władzę... Już wiedział, że mu się nie przeciwstawi. Jest na to za słaby. Stworzony do tego, by żyć w cieniu Mocarnego Thora... własnego brata.
Wtem poczuł jak Fenrisulf trąca go mocno w plecy.
I to mu dodało odwagi. Świadomość tego, że nie jest już sam. Że jest z nim jego przyjaciel.
    Nie, Thor – odparł z nadnaturalnym spokojem. – Przykro mi, ale nie idziesz.
Prawda uderzyła w gromowładnego z kilkusekundowym opóźnieniem. Zamrugał kilka razy, jakby nie dowierzając temu, co usłyszał.
    Moment, Loki. Jak to NIE IDĘ? Czy ty sobie czegoś nie pomyliłeś? Oczywiście, że idę!
Iluzjonista westchnął, wyraźnie poirytowany. Uśmiechnął się do niego współczująco.
— Nie. Nie. I jeszcze raz: NIE. – Uśmiech momentalnie zniknął mu z twarzy.
    Loki... – zagrzmiał ostrzegawczo Thor.
Magik pokręcił tylko głową. Wydął dolną wargę, ukazując w ten sposób swoje rozczarowanie.
    Och... – westchnął. – Ja po prostu nie chcę, żeby ktoś taki jak ja, kto jest NIKIM, niszczył ci reputację. – Skłonił się teatralnie, nie spuszczając z Thora chłodnego spojrzenia. – Racz mi wybaczyć, o, Mocarny. Obowiązki mnie wzywają.
Powiedziawszy to, odwrócił się i wyszedł, chwytając po drodze wiszące na ścianie siodło. Przekraczając próg, zdążył jeszcze zasalutować bratu na pożegnanie.
Fenrisulf wybuchł śmiechem na widok oniemiałej miny gromowładnego, po czym w paru susach dołączył do Lokiego.
    No, no... Szalony, robisz postępy. Rozbestwiłeś się! Jaki z ciebie buntownik!
    Zamknij się, Pogromco. Nie powinieneś przypadkiem zająć się swoim cuchnącym oddechem? – zapytał go zimnym głosem, kierując się w stronę stajni.
    Królewicz drażliwy się zrobił? Ojej, ojej... – śmiał się wilk. Szedł za przyjacielem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, GDZIE tak właściwie idą. – Czemu jesteśmy koło stajni? – zdziwił się.
Loki posłał mu szelmowski uśmieszek, po czym wkroczył do środka. Nie minął dłuższy moment, jak wyprowadził stamtąd pięknego, białego rumaka. Ośmionogiego.
    Pomyślałem sobie, że trudno mi będzie za tobą nadążyć... – mówił, kulbacząc konia.
Fenrisulfowi szczęka opadła.
To był przecież Sleipnir. Najszybszy koń w całym Wszechświecie. Najważniejszy dla Odyna. Rumak, którego jedynie Wszech-ojciec może dosiadać. Silna bestia, stworzona do przewożenia zmarłych... Stworzenie, którego zwykła istota ludzka nie powinna nawet dotykać.
— Więc przywiozłeś ze sobą Sleipnira?! – wykrzyknął Fenrisulf, zszokowany. – Skąd ty go wziąłeś?! Na czarny wiatr, Odyn ci łeb urwie!
Loki wzruszył ramionami. Sprawdziwszy, czy wszystko prawidłowo leży, dosiadł rumaka.
    Tylko go pożyczyłem...
Ruszył przed siebie, wymijając wilka. Pogromca powiódł za nim wzrokiem.
    A Odyn o tym wie?
To pytanie Loki pozostawił bez odpowiedzi...


Przycisnął głowę do szyi konia.
Rzucenie iluzji w panującym wokół zgiełku i zamieszaniu było znacznie trudniejsze, niż mu się na początku wydawało... Wszędzie lała się krew, na ziemi leżeli martwi wojownicy – obydwu światów. Fenrisulf szalał zamieniając wszystko wokół w jedno wielkie pogorzelisko. Ogień, ogień, ogień.
Śmierć czaiła się za plecami Lokiego. Zaglądała mu przez ramię. Biegła przy jego boku. Spoglądała mu w oczy.
To była jedna wielka rzeź.
Gdyby nie Fenrisulf, prawdopodobnie Asowie nie przeżyliby tego starcia. Nikt nie docenił Alfów... A okazali się znacznie lepsi, niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać.
Zbłąkana strzała wbiła się w ramię Lokiego.
Ból. Krew. Ogień.
Siła uderzenia odrzuciła go lekko do tyłu. Szarpnął cuglami przez przypadek, sprawiając, że Sleipnir stanął dęba i prawie zrzucił go z grzbietu. Zaraz jednak Loki odzyskał władzę nad zmęczonymi mięśniami i opanował wierzchowca – koń z powrotem opadł na ziemię, z łomotem uderzając o nią wcześniej wzniesionymi czterema kopytami. Lokiemu aż zęby zadzwoniły.
Starając się zignorować ból, wyrwał strzałę z ramienia i cisnął nią gdzieś w bok. Ponownie przylgnął do szyi konia.
    Pędź, Sleipnir. Pędź, jakby cię sam Surtr gonił – wyszeptał mu do ucha.
Ścisnął nogami jego boki i...
Sleipnir ruszył.
Loki z całych sił próbował skupić się na rzuceniu iluzji. Graniczyło to jednak z niemożliwym... Jechał z zaciśniętymi zębami i niespokojnym spojrzeniem, wczepionym w jakiś punkt przed sobą. Wszystko wokół go rozpraszało.
Wojownicy walczący ze sobą, którzy w ostatniej chwili uciekali sprzed kopyt Sleipnira. Martwe ciała, które deptał. Zbłąkane strzały, które ze świstem przelatywały nad jego głową. Szalejący wokół ogień, nad słupami którego ośmionogi rumak z łatwością przeskakiwał. Wrzaski walczących. Jęki umierających. Wołania rannych. Zgiełk atakujących siebie nawzajem wojowników. Trzeszczenie i zgrzytanie mieczy – metalu uderzającego o metal. Odgłosy siekących powietrze strzał i biegających wokół ludzi. Widok śmierci. Widok rozkładu. Widok wojny... Smród potu, spływającego mu po karku. Smród strachu, unoszący się w powietrzu. Smród gnijących kawałków ciał, leżących na drodze, jak liście zdmuchnięte przez wiatr. Jego twarz zbryzgana cętkami krwi tego, któremu właśnie, gdzieś obok, odrąbano głowę... Jego płaszcz ociekający krwią, jego własną. Pole bitwy tonące pod morzem krwi. Wszystko zaścielone czerwienią, miękkim szkarłatem, od patrzenia na który aż bolały go oczy...
Wojna.
Wojna go rozpraszała.
Nagle na jego drodze, jak spod ziemi, wyrósł łucznik. Alf stał centralnie na środku, nie przejmując się pędzącym na niego Sleipnirem. Był cały zbryzgany bordową posoką. Skórzane ubranie miał w strzępach. Długi ozdobny łuk wzniesiony. Celował.
Do.
Lokiego.
Nim iluzjonista zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, Alf błyskawicznie wyszarpnął strzałę z kołczanu, nałożył ją na cięciwę, naciągnął aż do samego policzka, przy wyprostowanym ramieniu i... puścił.
A czas spowolnił.
W jednej sekundzie Loki widział zimne, nienawistne spojrzenie łucznika.
W drugiej strzałę, pędzącą prosto na niego. Każdą rysę na drewnie. Specyficzne wycięcia grotu. Falowanie barwnych lotek – żółtych albo czerwonych.
W kolejnej Sleipnir wzbił się w powietrze, chcąc przeskoczyć nad stojącym mu na drodze Alfem.
A potem nadeszła śmierć.
Strzała z furkotem przefrunęła tuż koło Sleipnira. Otarła się o jego szyję, nawet go nie drasnąwszy – rumak w ostatniej chwili odchylił głowę. Kierowała się prosto na Lokiego, który...
Widział wszystko. Ale zarazem nic. Krew dudniła mu w uszach, bicie jego serca było jedynym odgłosem, jaki był w stanie słyszeć. Musiało minąć jedno buch-buch. Musiało minąć jedno uderzenie gorąca. Musiało minąć jedno jego mrugnięcie.
Nim wypuścił wstrzymywany od dłuższego czasu oddech.
A czas znów ruszył.
Coś w nim drgnęło. Nie wiedział, co się stało. Wtedy jeszcze nie mógł wiedzieć, że obudził w sobie magiczną moc. Wtedy jeszcze nie mógł wiedzieć, że udało mu się spowolnić czas. Wtedy jeszcze nie mógł wiedzieć, że właśnie w wyniku tych obu czynników...
złapał
strzałę.
Tuż przed swoją twarzą.
Konsternacja. Niedowierzanie. Przerażenie. Co się właśnie stało? Jakim cudem udało mu się tego dokonać? Jak blisko śmierci znajdował się w tamtej chwili?
Jego oddech stał się ciężki i urywany. Szeroko otwartymi ze zdumienia oczami wpatrywał się przed siebie, a w jego spojrzeniu malował się strach. Dłoń wciąż zaciskał na schwytanej strzale, nie zdając sobie z tego sprawy – ręce mu drżały. Nie chciał o tym myśleć. Nie teraz. Zamknął oczy, wzdychając głęboko. Z całej siły przylgnął do szyi konia, a potem...
On i Sleipnir
rozpłynęli się w powietrzu.
Dosłownie.


Adrenalina opadła, gdy zsiadł z konia. Zatrzymał się dopiero przed namiotem dowódczym. W głowie wciąż miał mętlik, gdy tu przyjechał. Nie miał bladego pojęcia, co się wtedy z nim stało. Skąd miał wiedzieć?
Był pewien tylko tego, że nie chce czekać na Fenrisulfa. Miał dość bezczynności.
Podświadomie czuł, że coś się w nim zmieniło. Napędzała go ochota działania. Pragnienie zniszczenia. Chęć siania chaosu. I wyrządzenia komuś naprawdę paskudnej, paskudnej krzywdy...
Rzucił na siebie iluzję i przekroczył próg namiotu, starając się powstrzymać od śmiechu.
Nie oczekiwał, że będzie łatwo. I na pewno też się tego nie spodziewał. A jednak... tym razem Los się do niego uśmiechnął.
Gandalf siedział przy mahoniowym biurku, całkowicie bezbronny. Stojący pod ścianą kijek, który prawdopodobnie był jego różdżką, nie wyglądał wcale groźnie. Krótki, złoty i ostro zakrzywiony, zwężający się na czubku, jak ostrze. W rozwidleniu na górze miał wstawione coś w rodzaju szlachetnego kamienia – tak to przynajmniej wyglądało dla Lokiego – jarzącego się jaskrawym odcieniem błękitu.
Pierwsze skojarzenie: dzida.
Spodobała się iluzjoniście.
Teraz jednak nie chciał zawracać sobie nią głowy. Odbywszy szybki rekonesans i upewniwszy się, że Gandalf jest sam, zasunął płachtę namiotu, pozorującą drzwi, po czym podszedł do skonsternowanego, nic nie spodziewającego się Alfa.
Wyszarpnął swój ulubiony sztylet i podrzucił nim parę razy w powietrzu. Stanął tuż koło Gandalfa, złapał go za przedramię ręki opartej na stole i...
Z całej siły przyszpilił ją sztyletem do blatu.
Iluzja znikła.
Rozległo się otępiające wycie cierpiącego dowódcy.
Loki przysunął sobie stojące obok krzesło, po czym siadł na nim, rozpierając się wygodnie. Nogi ułożył na blacie. Nie spuszczał wzroku ze swojego „jeńca”. Westchnął głęboko. Jakby z nudów, zaczął kręcić nożem pogłębiając ranę na ręce Alfa.
    Gandalf, prawda?
Odpowiedziały mu jęki przepełnione bólem.
Oczy Lokiego zmrużyły się złowróżbnie. Drugi sztylet pojawił się u niego znikąd, w ułamku sekundy. Brutalnym, szybkim ruchem wbił go w dłoń Gandalfa. Krew trysnęła na wszystkie strony. Rozległ się jego rozdzierający, mrożący krew w żyłach wrzask.
— Odpowiadaj, jak do ciebie mówię – powiedział Loki zadziwiająco spokojnym, władczym głosem.
Gandalf jęknął cicho. Oczy zaszły mu łzami.
— Tak... – wysapał w języku Asów z ciężkim, alfickim akcentem. – Tak. Jestem Gandalf. A ty...
— Loki – wszedł mu w słowo. – Z Asgardu. Wysłano mnie tu z niezwykle ważną misją. Zanim jednak przejdziemy do sedna całej sprawy, chciałbym się jeszcze z tobą trochę zabawić. Co ty na to?
Gandalf zacisnął zęby. Nie odpowiadał.
Jego upór doprowadzał Lokiego do szaleństwa. Już wyciągał rękę, by znów pokręcić którymś ze sztyletów, gdy nagle...
    Masz serce? – rzucił Gandalf.
Loki zatrzymał się w połowie ruchu. Z powrotem opadł na oparcie krzesła.
    To jakieś pytanie z kruczkiem? – spytał.
    Powiedziałeś, że chcesz się zabawić – wycedził Gandalf. – Masz serce? – powtórzył.
Iluzjonista uniósł brwi w zdziwieniu. Spuścił wzrok i popatrzył na swoją pierś, jakby nie był pewien odpowiedzi i szukanie dowodów miało go do niej przekonać. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się, jak jego klatka piersiowa faluje w rytm oddechu. Uniósł wzrok, by z powrotem spojrzeć na Gandalfa. Jedna z jego uniesionych brwi opadła.
    Co to za głupie pytanie? Chyba każdy ma serce... – odparł z nutą drwiny w głosie.
    Owszem. Ale mnie nie o to chodzi. Nie o „narząd”.
    Więc...
Nie dokończył, bo w tej samej chwili rozległ się odgłos rozdzieranej tkaniny i do środka wparował Fenrisulf. Jego całe ciało płonęło.
Zarówno Loki jak i Gandalf spojrzeli w kierunku wilka.
    Cześć, Pogromco. Fajnie, że raczyłeś wpaść – przywitał się iluzjonista.
    Jeszcze go nie zabiłeś? – prychnął Fenrisulf.
Loki wzruszył tylko ramionami.
    Zgaś się – rozkazał.
Wilk posłusznie wykonał polecenie – ogień spowijający go natychmiast zniknął.
Na moment przestano zwracać uwagę na Gandalfa. Moment wystarczająco długi, by ten złapał wolną ręką za swoją różdżkę, chwycił ją pewniej i...
Przystawił jej koniec do piersi Lokiego.
Do jego serca.
Niebieski kamień rozjarzył się błękitem i...
Nic więcej się nie stało.
Iluzjonista powoli obrócił głowę, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że jego własny jeniec próbuje zrobić mu krzywdę. Ściągnął brwi w konsternacji. Spojrzał na końcówkę złotego kijka, lekko wbijającego mu się w pierś. Przesunął wzrokiem po całej jego długości, potem w górę, w górę, aż zatrzymał się na oczach Gandalfa. Przerażonych, zdumionych oczach.
    Ty nie... – zająknął się Alf. – Ty nie masz...
Loki zazgrzytał zębami. Ostrożnie spuścił nogi na ziemię, po czym złapał za różdżkę i odrzucił ją jak najdalej od siebie.
    Dosyć tej błazenady – wysyczał. – Gadaj natychmiast, co planujecie.
Gandalf powędrował wzrokiem za swoją różdżką, ciśniętą w kąt. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie. Przez dłuższy moment nie odzywał się.
— Chcemy zabić twojego brata, Thora, księcia Asgardu – powiedział w końcu, jakby to była najbardziej banalna rzecz na świecie.
Te słowa uderzyły w Lokiego jak grad. Zamrugał szybko, zaskoczony bezpośredniością Gandalfa.
    Skąd ta odwaga? Macie jakiś konkretny powód? – zadrwił.
    Zemstę – Gandalf uśmiechnął się. – Chcemy się zemścić na Thorze za to, co robi nam, naszemu królowi, naszym ludziom, naszym kobietom...
Twarz Lokiego nie wyrażała żadnych uczuć. Jego oczy rozbłysły zielenią, choć nie zdawał sobie z tego sprawy.
    Mów dalej.
    Cóż... – westchnął Alf. – Od pewnego czasu Thor nawiedza nasze ziemie, żądając broni, naszych trunków i wszystkich wyrobów. Jeśli mu się nie podporządkujemy, robi nam okropne rzeczy. Niszczy wszystko. Morduje. Gwałci. Traktuje nas, jak robactwo.
    Skąd możemy wiedzieć, że nie kłamiesz? – mruknął Fenrisulf.
    Nie kłamie – odparł Loki. Nie wiedział, skąd u niego ta pewność, ale coś w jego wnętrzu mówiło mu, że dowódca ma rację. – Kontynuuj.
Gandalf odchrząknął.
    My, Alfowie, jesteśmy Leśnymi Duchami. Za czasów Tyra traktowano nas na takim samym poziomie, jak Ród Świetlisty... to znaczy, wasz ród. Nie tolerujemy przemocy. Nie tolerujemy agresji. Nie tolerujemy walk. Ale jak przychodzi, co do czego, to potrafimy się zemścić... Uznaliśmy, że już DOŚĆ. Nie pozwolimy na to, by jakiś nędzny As nami pomiatał.
Loki wpatrywał się w niego spod zmrużonych powiek.
W końcu, podjąwszy decyzję, wyrwał mu z ręki oba sztylety, za jednym zamachem. Z gardła rannego wydobył się zduszony jęk.
    Czy ty to słyszysz, Fenrisulf?
Wilk aż przysiadł z wrażenia.
    Tak... Tak. Może mi się wydaje, ale chyba coś nas łączy z tym Gandalfem.
    Naprawdę? – spytał Alf, przyciskając dłoń do ran i szybko owijając je jakąś szmatą.
Twarz Lokiego rozświetlił paskudny uśmieszek.
    O, tak. Wyobraź sobie, że nie ty jeden nienawidzisz mojego brata.
Na początku Gandalf wpatrywał się w niego ze zdziwieniem i zmieszaniem. Ale w miarę, jak słuchał, robił się coraz bardziej przekonany, że jego „porywacze” nie kłamią.
Loki powiedział mu w skrócie o tym, jakie to on ciężkie życie prowadzi, żyjąc pod jednym dachem z Thorem. Fenrisulf dorzucił swoje dwa grosze, mówiąc o swoim pojmaniu i nieomal zagłodzeniu na śmierć przez gromowładnego.
A pod koniec tych wszystkich opowieści Gandalf czuł, że zyskał dwóch, nowych, silnych sojuszników.
    Moglibyśmy połączyć siły – powiedział Fenrisulf.
    Na święty miecz Tyra, to przecież genialny pomysł! – wykrzyknął Gandalf.
    Oczywiście, że tak – kontynuował wilk. – Ty masz swoją armię, która walczy tak samo dobrze, a może nawet i lepiej niż wojska Odyna. Ja mam swoją pożogę, jak to zwykł mój kumpel po fachu nazywać. Loki też coś tam umie...
    Coś tam?! – warknął oburzony. – Umiem dużo więcej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić!
    Młody ma rację – odezwał się Gandalf. – Udało mu się z łatwością mnie unieszkodliwić.
Loki pokiwał dłonią, wskazując na to, że Gandalf wie, co mówi.
— Ponadto – kontynuował Alf – na jego korzyść działa to, że jest odporny na działanie mojej różdżki.
To zaintrygowało iluzjonistę.
    A co to tak właściwie oznacza...? – spytał.
Gandalf popatrzył na leżącą w kącie różdżkę. Potem znów na Lokiego. Jakby nie był pewien, czy może o tym mówić. W końcu odetchnął i...
HUK!
Ściany namiotu zostały zerwane.
Płachta odfrunęła, porwana przez wiatr.
Białe światło przeszyło powietrze z siłą stu piorunów, oślepiając wszystkich zgromadzonych.
Loki zasłonił oczy ręką. Oddech uwiązł mu w krtani. Usłyszał odgłos miecza, wysuwanego z pochwy. Potem krótkie, szybkie CHLAST. Coś go ochlapało. Coś upadło na ziemię i potoczyło się po niej...
Odsunął rękę i niepewnie otworzył oczy, mrugając szybko. Gdy tylko mroczki znikły, zobaczył...
Thora
który stał koło niego i wpatrywał się nań złowrogo. W jednej ręce ściskał młot. W drugiej długi miecz, zroszony świeżą krwią.
Coś w tym widoku sprawiło, że serce Lokiego uderzyło dwa razy mocniej. Powoli spuścił wzrok i...
Z jego płuc wydobył się szybki, urywany oddech. Oczy rozszerzyły się szeroko w zdumieniu. Odniósł wrażenie, że lada chwila, a zemdleje. Bowiem tuż koło jego stóp leżała...
...głowa Gandalfa.
Wszelka nadzieja przepadła.
Chciał krzyczeć. Chciał wrzeszczeć. Chciał zaatakować Thora. Wyrwać mu miecz i wbić mu w pierś. Albo sobie. Zrobić coś. Cokolwiek.
Siedział jednak w miejscu i wpatrywał się tępo w oczy dowódcy Alfów. Martwego.
— Miałeś tylko jedną rzecz do zrobienia, Lok – powiedział Thor, zawiedzionym głosem. – Tylko jedną.
Loki nie odezwał się.
Pomocy. Powietrza. Czegokolwiek...
    Loki? – głos Thora stał się niepewny, drżący.
Czy naprawdę po raz kolejny szansa na uwolnienie się od brata po prostu uciekła mu tuż sprzed nosa?
    Lok, wszystko w porządku?
— Nie. Nic nie jest w porządku. I nie będzie, dopóki ty, Thor, pozostaniesz żywy – to były słowa, których Lokiemu nie udało się wypowiedzieć. Choć pragnął to zrobić. Ale nie potrafił.
Poczuł, jak zatacza się. Teraz wszelka adrenalina opadła, razem z nadzieją, ulatującą z niego jak powietrze z przebitego koła.
Ogarnęło go przemożne zmęczenie... Ból w ramieniu odezwał się ze zdwojoną siłą.
    Loki – głos Thora, zacierający się. Dobiegający z bardzo, bardzo daleka. – Krwawisz.
Pochłonęła go ciemność.


Błysk.
Światło.
    Fenrisulf?! – To jego głos? Jak zabawnie brzmi.
Gdzie on się znajduje? I gdzie jest Pogromca? Co się stało...?
    Spokojnie. Straciłeś dużo krwi. Właśnie cię operujemy... – Nic nie znaczące słowa, odległe, puste, zimne.
Ciemność. Światło. Ciemność... jeszcze nie. Musi wiedzieć. Dopiero potem... odpocznie.
    Fenrisulf? – powtórzył. Chciało mu się śmiać. – Pogromco...?
Cisza. Niepokojąca.
Słaby... taki słaby...
    Nic mu nie jest – ktoś odpowiedział. – Fenrisulf jest bezpieczny. Ty też jesteś.
Jego przyjaciel – jedyna osoba, na której mu zależało – jest bezpieczny. Reszta go nie interesowała.
Co on miał zrobić?
Ach... tak...
Odpocząć.
— Panowie... – inny głos. Chyba Thora? – Czy ta żaróweczka powinna się świecić na czerwono?
    Na CZERWONO?! – zdołał usłyszeć.
A potem
znów nadeszła
ciemność...


Fenrisulf uchylił powieki. Fala jaskrawego światła, jaka w niego uderzyła, sprawiła, że od razu je jednak zamknął.
Próbował przypomnieć sobie, co się wydarzyło... gdzie się znajduje...
Jego głowę osaczał jednak tępy ból. A pamięć urywała mu się w momencie, gdy przebywał w namiocie dowódczym Gandalfa wraz z Lokim i nagle coś huknęło, a wszędzie wokół rozbłysło białe światło. Wtedy stracił przytomność.
Ale gdzie był teraz? Odyn i Loki powtarzali mu wielokrotnie, że jak tylko wykona swoje zadanie, to oddadzą mu wolność.
Otworzył oczy, powoli. Dłuższą chwilę zajęło mu przyzwyczajenie się do światła. Gdy wreszcie mroczki się rozwiały, wszystkie kolory straciły nagle swoją jaskrawość i ostrość. I zauważył, że w rzeczywistości otaczają go ze wszystkich stron szare, znajomo wyglądające skały...
Muspelheim?
Poruszył się i poderwał z ziemi, gdy nagle...
TRZASK
Coś zaszeleściło i zatrzymało go w ruchu tak nagle i silnie, że aż się zachwiał. Odetchnął głęboko i przeanalizował otaczające go środowisko...
Nie. To niemożliwe.
Dopiero teraz poczuł dziwną pustkę we wnętrzu, jakby coś stale wysysało z niego energię. A chwilę potem dostrzegł... łańcuchy. Sieć oplatających go łańcuchów, niknących wewnątrz znajomo wyglądającej skały.
Giol.
Ogarnęło go przerażenie. Wściekłość. Niedowierzanie...
Już wiedział, że te łańcuchy są inne. Stale wysysają z niego moc, uniemożliwiając jej regenerowanie się. Ale...
Jak to w ogóle się stało, że się tam znalazł? Przecież Odyn mówił, że go uwolni. Loki go zapewniał, że mu pomoże. Chyba, że oni obydwoje kłamali. Czy Loki byłby zdolny do tego, by udawać jego przyjaciela? Spędzać z nim tyle czasu, łudzić go i mamić nadziejami i marzeniami o lepszym jutrze tylko po to, by go wykorzystać? Czy on naprawdę mógł go... ZDRADZIĆ?
Doskonale wiedział, jaka jest odpowiedź na każde z tych trzech pytań. Znał Lokiego. Wiedział i widział do czego iluzjonista jest zdolny...
Zdradził go.
Prawda z trudem przedzierała się przez bariery jego umysłu.
Najlepszy przyjaciel go zdradził.
Odetchnął głęboko. I pozwolił, by z jego gardła wyrwał się opętańczy, zawodzący ryk – przepełniony bólem, cierpieniem i poczuciem straty czegoś naprawdę ważnego. Przepełniony świadomością bycia zdradzonym.
Ryczał tak długo, aż zabrakło mu sił
i osunął się na ziemię bez tchu.


Stracił poczucie czasu. Mijały sekundy i minuty. Mijały godziny. Mijały dni... Może nawet tygodnie? Nikt go nie odwiedzał. Jedyne, co czuł, to zimno ziemi, na której leżał i pożerające go uczucia głodu i pragnienia.
Konał.
Obrazy z jego życia przesuwały mu się przed oczami. Bywało, że wzrok mu się wyostrzał i dostrzegał szarą, otaczającą go rzeczywistość. Ale najczęściej leżał nieprzytomny.
Tego dnia coś się jednak zmieniło.
Gdy otworzył oczy, dostrzegł niewyraźny, rozmazany zarys jakiejś postaci... Odczekawszy aż wzrok przyzwyczai mu się do światła i wyostrzy, zobaczył ją wyraźnie... Był to starzec, odziany w szary płaszcz sięgający ziemi. Miał długą, białą brodę. Twarz skrytą w cieniu kaptura... Wspierał się na wysokiej, poskręcanej lasce.
— A więc... zostałeś zdradzony, Wasza Wysokość? – odezwał się chrapliwym, wysuszonym głosem.
Fenrisulf z trudem skupił na nim wzrok.
    Kim... jesteś...? – wydyszał, zdając sobie sprawę z tego, jak dawno nie używał strun głosowych.
    Nazywam się Yggra. I wydaje mi się, że możemy sobie nawzajem pomóc... – odpowiedział tajemniczo.
Fenrisulf przełknął ślinę. Nie miał siły, by prowadzić tę dziwaczną rozmowę.
    Zostałeś zdradzony? – powtórzył Yggra.
Wilk skinął nieznacznie głową.
    Przez... tych przeklętych... Asów... – jego zmęczony głos ociekał nienawiścią.
Starzec roześmiał się.
— O, tak... Coś o tym wiem, uwierz mi. Kiedyś też zostałem zdradzony. W dosyć paskudny sposób. Różnica między nami polega na tym, że mnie udało się przetrwać. Moje pytanie brzmi: czy ty też chciałbyś przetrwać?
Fenrisulf oblizał kły. Kolejne skinięcie głową.
    Zależy co to oznacza... – udało mu się wychrypieć.
    Możliwość zemsty na tych, których darzysz nienawiścią – odparł Yggra niewinnie.
Wilk przetrawił jego słowa. Zemsta... Tak, wcześniej o tym nawet nie pomyślał. A może ten człowiek faktycznie umożliwi mu odegranie się nie tylko na Thorze, tak jak wcześniej zamierzał, ale też na Odynie? I na przeklętym Lokim? Zemsta. Jak to cudownie brzmiało. Przed oczami stanęły mu krwawe obrazy ginącego rodu Asów...
    Co... co mam zrobić? – spytał, nagle niezwykle podekscytowany.
Yggra poruszył się nieznacznie.
    Jak wysoką cenę jesteś w stanie zapłacić? – odpowiedział pytaniem.
Fenrisulf wlepił rozognione spojrzenie złotych ślepi w mroczne czeluści kaptura Yggry. Chciał nim przekazać wszystkie swoje uczucia: złość, nienawiść, poczucie siły, pragnienie, pragnienie, pragnienie zemsty.
    Każdą – wysyczał.
Starzec klasnął w dłonie.
    Tego właśnie oczekiwałem.
Na dłuższy moment zamilkli.
    Co... teraz? – sapnął Fenrisulf, lekko zdezorientowany.
Yggra nawet nie drgnął.
    Teraz – odpowiedział – musimy poczekać, aż umrzesz...

------------------------------------------------------
Cześć wam!
Tym "pozytywnym" akcentem kończę epicką opowieść Lokiego i kolejny rozdział już standardowo pojawi się za dwa tygodnie, a w nim zostanie zawarta ostatnia scenka podsumowująca całą historię, opowiedziana już prosto przez naszego bohatera. Uwielbiam pisać o młodym Lokim, naprawdę. Odkryłam to niedawno. Dawniej był jeszcze taki uroczo głupi i naiwny, taki niedoświadczony... tak lekko mi się o nim pisało, szczególnie scenki w których zabijałam jego psychikę. Tak bardzo się różni młody Loki od "starego" - teraz jest osobą rozbitą, cierpiącą, uginającą się pod ciężarem zbyt wielu masek, szukającą czegoś dobrego, ale nie za bardzo wiedzącą czego konkretnie... Wciąż jednak pozostaje tak samo złośliwy :). Mam nadzieję, że niektórzy z Was zauważyli tę różnicę. Czekam na opinie, po raz drugi życzę Wesołych Świąt i do zobaczenia w następnej notce!
A.




8 komentarzy:

  1. Zauważyli? Och, Alleko, ja się tym rozkoszowałam! Uwielbiam historię o małym Lokim. O tym, jak to wszystko się zaczęło. S Twoja jest jedyna w swoim rodzaju. Jest cudowna, nieobliczalna! Jesteś jedną z tych niewielu osób dzięki którym kocham czytać! <3 Dziękuję Ci za to.
    To jest niesamowite, jak potrafisz wykreować historię na podstawie mitologii, zupełnie jak miliony osób na tej planecie, a jednak Twoja jest inna. Posiada taki zupełnie odmienny charakter, w którym zakochuję się co raz bardziej z każdym następnym rozdziałem. Zawsze sądzę,że więcej nie dasz rady mnie zaskoczyć, a z tego co dziś przeczytałam, widzę, że dopiero rozkładasz skrzydła, które tylko czekają na lot! Są one tak pełne piór wyobraźni, a każde tak odmienne, że przeciętny czytelnik przy nich siada i zachwyca się ich kształtem, charakterem wykonania. Ich wyjątkowością (ale ze mnie poeta XD)
    Nie mogę się doczekać dalszych przygód Lokiego i tego jak poprowadzisx akcję. Jesteś tak utalentowana :)
    Pozdrawiam,
    Viv

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na bogów, dziękuję :') tak dużo miłych słów na raz, sam Loki w całym moim życiu tylu mi nie dał

      Usuń
  2. O tak, młody Loki jest wręcz taki naiwny i niedoświadczony. Różnicę widać bardzo wyraźnie i podoba mi się to. Doskonale pokazałaś zmianę, jaka nastąpiła w jego psychice w ciągu tych kilku lat (?), stuleci (?). Tak nawiasem mówiąc nienawidzę ich długowieczności, trudno się połapać z ich kalendarzem, no ale nieważne.
    Rozdział bardzo intersujący. Historia przyjaźni Lokiego i Fernisulfa bardzo poruszająca i pomyśleć, że to się tak niewinnie zaczęło, ale lubię takie wątki ;) I ogólnie opis tego jak Loki uczył się posługiwać magią i odkrywał coraz to nowe umiejętności bardzo ciekawe. Thor jak Thor strasznie głupi, ale u niego to norma. I Odyna wręcz nienawidzę, ale to też norma. Za to zatęskniłam za Sif. Dwa rozdziały bez niej, a już smutno :(
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział i "na święty miecz Tyra" (czy jakoś tak), dlaczego dopiero za dwa tygodnie! Ledwie tydzień wytrzymałam. Dawniej jakoś szybciej mi czas płyną, teraz się tak wlecze :/ No cóż, nie mam innego wyboru jak uzbroić się w cierpliwość.
    Życzę dużo chęci do pisania i jeszcze więcej świetnych pomysłów :D
    Pozdrawiam!
    Ana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh gods, ja też nie mogę się połapać w tym, ile każdy z nich ma lat... Obliczenie tego, ile sam Loki ma lat zajęło mi około godziny - liczyłam osobno wg mitologii i osobno wg. Marvela - i otrzymałam dwa różne wyniki, co mnie cholernie zirytowało. Kombinowałam nawet z przedstawieniem różnicy czasowej (spowolnienie czasu w Midgardzie, czy coś), ale się z tym zapętliłam. W końcu postanowiłam pozostawić ten czas tak ogólnikowo, nie zagłębiając się w konkretne daty, tylko rzucić informacją "kilkaset".
      Wracając jednak do tematu: od wydarzeń opisanych wyżej minęło właśnie to kilkaset lat - wydaje mi się, że coś koło 600 - jeżeli mamy być zgodni z Marvelem. (Co do zgodności z mitologią - wolę się nie zagłębiać i pozostawić tę informację bez szczegółów xD)

      Usuń
  3. Rzeczywiście różnica pomiędzy Lokim młodym, a tym starszym jest zauwazalna...świetnie opisałaś jego historię i świetnie ujęłaś w tym uczucia. Cieszę się, ze są osoby, które tak świetnie budują świat fikcyjny,aż się milej robi w sercu.
    Ale co ja to miałam....a tak.... Opowieść Lokiego zacna, jednakże nie wyjąśnia faktu, jak to się stało, że został ojcem potwora, jakiego potwora i jak się ten narodził, ta opowieść jest o przyjaciołach, czy ojcostwo jest w takim razie metaforą? że niby zrodził potwora ze swej rzekomej zdrady? hmmm....
    Liczę na to, iż to uściślisz.
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co chodzi. Więc może po kolei: ta rozbita na dwie części historia to opowieść o przyjaciołach, jak to nazwałaś. Niektóre wersje mitologii nordyckiej mówią o tym, że Loki jest ojcem Fenrira, ale inne temu zaprzeczają i twierdzą, że wilk narodził się w Żelaznym Lesie a z Lokim miał tyle wspólnego, że razem brali udział w końcu świata.
      Z tym potworem chodzi ci o Jormungunda (aka Węża, Serpentynę Midgardu)? Jeśli tak, to tutaj wyjaśnię od razu, że mitologiczne ten przemiły gad był synem Lokiego i niejakiej Angrbody. Ja co prawda w opowiadaniu nie wymieniłam matki z imienia, ale pozostawiłam jej związek z Lokim zgodnie ze stanem rzeczy - z tą tylko różnicą, że z Angrbody zrobiłam prostytutkę ._. (mam nadzieję, że mi wybaczy)

      Usuń
  4. Tak chodziło mi o tych drugich. dzięki za wyjasnienie i wybacz za zamieszanie, bo ja to czasem mieszam i też posługuję się nie tymi imionami co trzeba, im któreś dłuższe i bardziej skomplikowane tym trudniejsze staje się do zapamietania dla mnie

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, jak mi było żal Fenrira. Jak Yggra mógł!?

    OdpowiedzUsuń

Język urzędowy: staroskandynawski.
Mile widziany alfabet runiczny :)

» «