Wszystkie Odcienie Zieleni to opowiadanie o Lokim - nordyckim bogu kłamstw. Powstaje ono w oparciu o mitologię nordycką i serię filmów Marvela. Jest to historia własna. Po więcej info zapraszam do zakładki "o blogu".
Status: trwające
Gatunek: fantasy/fanfiction

niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 23

ROSJA


 Tchórz. Tchórz. Tchórz.
Żaden z ciebie iluzjonista. Daleko ci do cholernego mistrza magii. Już nawet kłamcą nie można cię nazwać. A co dopiero bogiem ognia, gdy nie umiesz zapanować nad tą jedyną, naturalną mocą… Jesteś tchórzem, Loki.
Zwykłym, podłym tchórzem.
A Sif jest Muspelką.
Te myśli kołatały się w głowie Lokiego, gdy szybko, po kryjomu przygotowywał jeden z wygodnych, małych statków kosmicznych do podróży. Miał zamiar teleportować się do Midgardu, ale w niczym by mu nie zaszkodziło wzięcie ze sobą dodatkowego środka lokomocji. Pakował do niego wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy… mapy, różne książki, prowiant.
Gdy tego ranka Loki obudził się, był tak zmęczony, jakby nie spał w ogóle. Dopiero teraz, po całej nocy, zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebuje odpoczynku. Te cztery dni, jakie spędził w śpiączce, i poprzedzające je wydarzenia – walki w Yggdrasilu, wędrówka przez Żelazny Las, życie w ciągłym stresie – wykończyły Lokiego zupełnie. Wyssały z niego życie, wszelką witalność, sprawiając, że czuł się teraz całkowicie pozbawiony sił. Osoba jego pokroju jednak nie mogła sobie pozwolić na słabość… nie w takim momencie. Popełnił kilka ważnych błędów i teraz – chcąc nie chcąc – musiał dopełnić obietnicy danej poddanym.
Próbował za wszelką cenę wmówić sobie, że robi to dla dobra Wszechświata, że tak bardzo zależy mu na odzyskaniu przychylności Thora. Gdy pakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, myślał tylko o swoim celu i o tym, w jakich chwilach będą mogły mu się przydać. W pośpiechu sprawdzał wszystkie ustawienia pokładowe, by nic mu się nie stało w czasie podróży przez Midgard. Szybko opracowywał w głowie plan, żeby w niczym się nie pomylić i uratować Dziewięć Królestw bez chwili zwłoki. Zwiększone tempo działania było wymagane, bo przecież Loki nigdy nie wiedział, kiedy jego arcywróg zaatakuje ponownie. Prawda?
Bardzo, ale to bardzo starał się to sobie wmówić. Gdy wreszcie skończył, wskoczył do środka statku – zgrabnie, z lekkością Alfa, przytrzymując się jedną ręką zamkniętych drzwi. Rozsiadł się wygodnie na jednej z ławek i – chcąc chociaż na moment odetchnąć błogim spokojem – zamknął oczy. W tej samej sekundzie wszystko wyrwało mu się spod kontroli.
W jego umysł natychmiast uderzyło wspomnienie pocałunku. Lekko, niekontrolowanie uniósł rękę i musnął wargi palcami, delikatnie, tak jakby wciąż mógł wyczuć dotyk jej ust. Przypomniał sobie jej cudowny smak, który ciężko zawrócił mu w głowie, niczym najsilniejszy i zarazem najwspanialszy na świecie narkotyk. Próbował odtworzyć w pamięci każdą sekundę tego pocałunku – tak bardzo delikatnego i nieśmiałego, tak wrażliwego i zarazem tak pełnego głębokich, niewyrażonych uczuć, że aż kruszącego zlodowaciałe serce Lokiego. To było niczym… dotyk wiosennego wiatru na twarzy, spadająca gwiazda przecinająca swoją łuną nocne niebo, szept wodospadu spływającego z gór.
Miliony iskierek, atakujących jego skórę jadowicie, nachalnie, chaotycznie. Nie wiedział, czy Sif czuła to samo co on, nie wiedział, czemu on sam tak cudownie się czuł – wiedział tylko jedno: podobało mu się. I to go niepokoiło. Tak samo, jak fala rozczarowania, która w niego uderzyła, gdy dziewczyna się odsunęła, przerywając tę magiczną więź.
Więź, która przez moment zaistniała między nimi.
Która obudziła w Lokim pragnienie większej dawki tego typu uczuć. Pragnienie spełnienia. Pragnienie dokończenia tego, co właśnie się zaczęło.
Nagle zląkł się.
Otworzył oczy i ciepłe wspomnienie natychmiast uleciało z jego głowy, ustępując miejscem powoli wzbierającej wściekłości i nienawiści do samego siebie. On przecież nie był zdolny do okazywania uczuć. Był draniem – zimnym i pozbawionym serca. Tak miało być zawsze! Nic nie mogło skalać jego parszywie paskudnej reputacji! Za wszelką cenę musiał wyprzeć to wydarzenie z pamięci, wymazać je, zapomnieć, tak jakby nigdy się nie wydarzyło… ale czy mu się to uda?
Wystarczała przecież tylko sekunda, jedna myśl, by ponownie przenosił się w czasie do tego momentu, gdy usta Sif zetknęły się z jego ustami. Serce natychmiast mu przyśpieszało, oddech stawał się cięższy, ogarniała go fala podniecenia i pożądania.
Pokręcił głową, zły na samego siebie.
Wcisnął przycisk uruchamiający cały mechanizm statku, po czym wyzwolił z siebie swoją nową moc i rozpoczął proces teleportacji.
Okłamywał się. Nie chciał tego dopuścić do rzeczywistości. Bał się tego przyznać przed samym sobą. Podświadomie bowiem, w najgłębszych czeluściach spalonej na wióry duszy, wiedział, że tak naprawdę powód jego podróży był zupełnie inny. Nie podjął tej decyzji, by z wielkim poświęceniem ratować Wszechświat. Nie zdecydował się na to, by korzyć się przed Thorem i błagać o jego pomoc. Nie zrobił tego, by honorowo polec na polu walki. W rzeczywistości Loki przenosił się do Midgardu, bo był tchórzem.
A każdy tchórz musi przed czymś uciekać.



Grigori siedział przy biurku z kubkiem ostygłej kawy w ręce. Wpatrywał się w gigantyczny ekran komputera, który wyświetlał statystyki kontroli granicznych. Z jednej strony miał dostęp do nowoczesnego sonaru, namierzającego wszystkie pojazdy lądowe i podziemne. Z drugiej równie potężny radar lotniczy, którego wskaźnik stale obracał się w kółko, z nigdy niegasnącym apetytem na zestrzelenie jakiegoś obiektu latającego.
Wszystko było takie, jak zawsze.
Mężczyzna uniósł kubek do ust, uważnie śledząc wzrokiem kręcący się wskaźnik radaru, działający na jego zmysły niemalże hipnotycznie.
PIIIIP!
W jednej sekundzie urządzenie zawyło tak przeraźliwie, że Grigori aż zadławił się kawą. Padł na biurko, krztusząc się niemiłosiernie, ale wciąż nie spuszczając spojrzenia z radaru. Na samej krawędzi zielonej, okrągłej powierzchni rozbłysła czerwona plamka.
Oczy Grigoriego rozszerzyły się w przerażeniu.
Szybko zebrał się do kupy i wziął kilka głębszych oddechów, nim upewnił się całkowicie, że to, co zobaczył, nie było przywidzeniem. W pośpiechu dobył malutkiego kluczyka, którego zawsze nosił ze sobą w kieszeni, po czym przejechał na krześle wzdłuż całego stołu z kontrolkami. Zatrzymał się przed jednym wielkim, czerwonym przyciskiem. Uniósł okrywającą go pół-przezroczystą osłonkę i wsunął klucz do zamka znajdującego się idealnie na środku, przekręcił go i… docisnął przycisk z całej siły. 
W jednej sekundzie pomieszczenie zalała flara czerwieni, gdy lampy kontrolne zapaliły się i jęcząc przy tym okrutnie poczęły oświetlać wszystko wokół ostrzegawczo. Nie upłynęła długa chwila, gdy do zestresowanego Grigoriego przybyli jego kumple po fachu.
    Nu, szto się dzieju? – zagadnął Siergiej. W gębie jak zwykle trzymał papierocha.
Grigori przełknął ślinę.
— Niezidentyfikowany Obiekt Latający. Zbliża się do naszej bazy i nie wysyła żadnych sygnałów ostrzegawczych. Nie mam pewności…
Siergiej odepchnął go od stołu, po czym sam uważnie przyjrzał się radarowi. Niestety, Grigori nie kłamał – coś faktycznie się zbliżało. Przeszedł na drugą stronę wąskiego pomieszczenia, gdzie stał uruchomiony komputer. Przełożył papierosa między zębami, jakby zastanawiając się nad czymś, po czym wystukał kilka komend na klawiaturze. Ekran rozbłysnął wierszami kodu, który skierował swojego użytkownika na podgląd wideo z kamer będących na zewnątrz budynku. Jedna z nich wystrzeliła w niebo, gdzie daleko na horyzoncie widać było niewyraźną sylwetkę powoli zbliżającego się obiektu.
Dimitri i Grigori zaglądali koledze przez ramię.
— Rzeczywiście coś się zbliża – zauważył inteligentnie Dimitri. Co chwilę popijał ze swojej srebrnej manierki.
    Szto my z tym teraz zrobimy?! – wykrzyknął zaaferowany Grigori.
Na moment zaległa cisza. Napięcie unoszące się w powietrzu było niemalże namacalne.
Siergiej powolnym, spokojnym ruchem wyciągnął papierocha z ust i zgasił go na blacie obok monitora – rozległ się cichy syk.
— Jest tylko jedno wyjście, tawarisz. – Obrócił się w fotelu przodem do kumpli, zastygłych w oczekiwaniu. Zrobił dramatyczną pauzę, dla wzmocnienia efektu swoich słów. – Udzielam wam pozwolenia na zestrzelenie obiektu.
Grigori zaczerpnął głęboko tchu.
    Kto ma tego dokonać?
Siergiej skupił wzrok na nim. Dimitri pokiwał głową, po czym powoli przekręcił głowę, by również na niego popatrzeć.
    Ja? – głos Grigoriego zadrżał. – A co, jeśli będzie tak, jak ostatnio i…
    Daję ci zielone światło – przerwał mu Siergiej. – Zrób to, co uważasz za słuszne.
Grigori wyjął manierkę z rąk Dimitriego i pociągnął solidny łyk.


Pech chciał, że Loki całkowicie nieświadomie wylądował na terenie dawnej ostoi komunizmu. Pojawił się w Midgardzie wraz ze wschodem słońca i z myślą, że nie ma bladego pojęcia, gdzie się właśnie znajduje. Wiedział tylko, że musi w jakiś sposób dostać się do aktualnego miejsca zamieszkania Thora… było to jednak odrobinkę utrudnione, jako że nie znał kompletnie otoczenia, ani tym bardziej okolicy, w której przebywał Thor.
Pędził przed siebie na swoim statku, którego model był powszechnie pieszczotliwie nazywany faeringiem, z powodu małego rozmiaru – najmniejszego ze wszystkich istniejących w dokach. Wiatr smagał Lokiego po twarzy ostrymi uderzeniami, a głowę chroniło mu jego okrycie – rogaty hełm. Wpatrywał się intensywnie przed siebie, próbując zwalczyć łzawienie oczu. Jego umysł był dziś wyjątkowo rozkojarzony… i może właśnie dlatego nie wyczuł nadciągającego zagrożenia.
Najpierw usłyszał HUK!
flara jaskrawego światła uderzyła go w oczy
a potem coś zmiotło go z powierzchni ziemi.
Przez długą chwilę nic nie widział i nic nie słyszał, poza głuchym dzwonieniem w uszach. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że leży na jakimś podłożu, boli go całe ciało i przed momentem na chwilę stracił przytomność. Doszedł do niego swąd dymu.
Usłyszał czyjeś kroki… a potem głosy. Paru ludzi zaczęło coś wołać do siebie w nieznanym mu języku, śpiewnym jak mowa Alfów. Ostrożnie wyczołgał się spod przewróconego faeringu. Wciąż lekko szumiało mu w głowie i nie wiedział, co się dzieje. Chyba był otoczony.
Poczuł, jak ktoś bezboleśnie nadepnął mu na nadgarstek. Skupił wzrok na czarnym bucie przybysza. Powoli przeniósł swoje palące spojrzenie wyżej – wzdłuż nogi, odzianej w szerokie spodnie moro, przez tułów ubrany w mundur z odznaczeniami wojskowymi, aż do głowy, osłoniętej jakimś śmiesznym nakryciem, ozdobionym czerwoną gwiazdką.
Loki uśmiechnął się. Nic z tego nie rozumiał.
Mężczyzna patrzył na niego z góry, złowrogo i podejrzliwie, z wyraźnym zainteresowaniem. Między zębami ściskał zgaszonego papierosa, jakby sądząc, że nada mu to groźniejszej postawy. Doprawdy, zabawne.
Nagle rzucił coś do Lokiego w obcym języku. Bezradny iluzjonista uśmiechnął się tylko, nie wiedząc, jak ma zareagować. Powolutku podniósł się do pozycji siedzącej, a gdy spróbował wstać, przybysz wyciągnął broń i przystawił mu ją do głowy.
To już zrozumiał.
Broń była wielgachna, czarna, zrobiona z metalu. Loki wiedział, że ma ona paskudną tendencję do wystrzeliwania nieprzyjemnych pocisków, zazwyczaj mało skutecznych.
Drwiący uśmiech nie zszedł z jego twarzy, gdy zastygł w bezruchu i powoli osunął się z powrotem na ziemię. Uniósł ręce w geście obrony. To już drugi raz w Midgardzie, gdy zostaje tak szybko zdemaskowany i rozbrojony. Tym razem jednak jego plany są nieco inne, tym razem nie ma zamiaru…
    A teraz rozumiesz, co mówię? – spytał go mężczyzna w znajomym już języku.
Dotychczas Loki nie wiedział, że Midgard ma więcej niż jeden język. Dawniej, na północy, rozmawiał z ludźmi w swojej rodowitej mowie. Potem dużo rzeczy się pozmieniało i już myślał, że się orientuje w bieżącej sytuacji, a tutaj proszę – kolejne zaskoczenie!
Nie odpowiedział – zamiast tego powoli skinął głową, jakby w niepewności.
    Świetnie. W takim razie teraz pójdziesz z nami. Zaraz się dowiemy, coś za jeden.
Powiedziawszy to, mężczyzna złapał Lokiego za ręce i skuł je kajdanami, które w jego odczuciu sprawiły wrażenie bardzo lichych. Mógł je zerwać w każdej chwili i za pomocą jednego gestu zniszczyć całą okolicę wokół. Wrodzona ciekawość jednak nad nim zwyciężyła i na razie postanowił zachowywać się biernie – nie wychylać się, nie stawiać żadnego oporu, dać sobie czas na zbadanie sytuacji…
Ale tylko na razie.


Clint Barton opierał się plecami o jedyną ścianę w swoim niewielkim aczkolwiek dobrze wyposażonym więzieniu.
Cela z jego prawej strony była niezamieszkana, ale z drugiej żyła… Natasha Romanoff.
Otaczające go ze wszystkich stron okratowanie sprawiało, że Clint w każdej chwili mógł wyciągnąć rękę i dotknąć jej – kobiety, którą kochał ponad wszystko. Prawdą jest, że zawalił swoją akcję ratunkową, uziemiając również siebie. Z czasem jednak zrozumiał, że przestało być to dla niego ważne, liczyło się tylko to, by był z nią.
Oczywiście, ona nie mogła tego wiedzieć. Znał ją doskonale. Gdyby się dowiedziała, zaczęłaby go zapewne traktować zupełnie inaczej, niż teraz – przestałaby mu ufać. Czarna Wdowa była silną kobietą, która już niejedno w życiu przeszła. Tego typu wyznania miłosne były zupełnie nie w jej stylu i Clint to wiedział. Wierzył w to całym sobą.
Siedzieli tu już razem kilka miesięcy. Ona – przeciwstawiła się Rosji. Rozsławiona przez Avengers została odnaleziona przez KGB i uprowadzona. Odmówiła jednak współpracy, więc zamknęli ją tutaj dla bezpieczeństwa narodowego. On – stanowiący zagrożenie dla Rosji. Złapany, gdy próbował ją uratować.
Nie było im tu jednak źle. Mieli nadzieję, że ich przyjaciele już wyruszyli na poszukiwania i wkrótce ich odbiją.
— …i wtedy on powiedział do mnie, że mi nie wierzy – opowiadał Clint ściszonym głosem. – Gdy spytałem, co mam zrobić, żeby mu udowodnić, że się myli, odpowiedział: „Zmierzymy się ze sobą. Weźmiemy udział w turnieju – każdy z nas będzie strzelać z łuku z tej samej odległości i to rozstrzygnie, czy faktycznie jesteś taki dobry.”
Natasha roześmiała się. Na Boga, jakże on uwielbiał jej uśmiech.
    I jak to się skończyło, panie Sokole Oko?
    Zagraliśmy. Postrzelaliśmy. Wygrałem. – Wzruszył ramionami, również się śmiejąc. – Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie ze Stevem Rogersem.
    Ciekawe, czy zrobił to z ciekawości, czy z przejawu nieufności? – rzuciła, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Zadziwia mnie, że Tony nie próbował…
Odgłos otwieranych drzwi przerwał jej wypowiedź. Obydwoje równocześnie odwrócili się w kierunku wejścia, w przypływie impulsu. To, co zobaczyli, wprawiło ich w niemałą konsternację. Po chwili, nie mogąc powstrzymać zainteresowania, podeszli do krat z przodu cel, by lepiej przyjrzeć się zjawisku.
Do środka wkroczyło kilkunastu potężnie uzbrojonych ruskich w pełnym umundurowaniu (zapewne kuloodpornym). Była to naprawdę liczna obstawa, ale co dziwniejsze
prowadziła tylko jednego więźnia.
    Ciekawe, cóż KGB tym razem złowiło – mruknął Clint do siebie, mrużąc oczy.
Kawalkada ruszyła przed siebie, prowadzona przez jednego żołnierza na czele, który szukał odpowiedniego miejsca dla swojej nowej zdobyczy. W końcu zatrzymał się tuż koło celi Clinta, równocześnie wstrzymując cały pochód. Popatrzył na łucznika, po czym omiótł wzrokiem cały długi korytarz wypełniony celami, aż w końcu zawołał coś do swoich współpracowników.
    Co powiedział? – wyszeptał Clint do Natashy.
    Że dadzą go naprzeciwko twojej celi. Urozmaicą ci pobyt. – Z równym zainteresowaniem obserwowała całe zamieszanie.
W końcu żołnierze podeszli na tyle blisko, że Clint mógłby dostrzec kogo prowadzą. Więzień był jednak ciasno otoczony przez Rosjan. Łucznik wytężył wzrok – wydawało mu się przez moment… odniósł tylko takie wrażenie…
Odskoczył gwałtownie od krat, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to, co zobaczył, nie było przywidzeniem. Nad ramieniem jednego z żołnierzy zauważył błysk złota, a gdy podążył za nim wzrokiem wyżej, wyraźnie zobaczył zarys znajomo wyglądających rogów, wznoszących się nad głowami Rosjan.
    To niemożliwe – wymamrotał.
Natasha zerknęła na niego kątem oka. Za wszelką cenę próbowała wypatrzyć cokolwiek. Żołnierze uformowali jednak zgrabny szyk, tak że swoimi plecami zasłonili Romanoff i Bartonowi całą scenę, jaka się rozgrywała w celi naprzeciwko.
    Co zobaczyłeś? – syknęła.
Clint na razie nie odpowiadał. Może jednak mu się wydawało? Wbił wzrok w przestrzeń przed sobą. Słyszeli, jak drzwi do celi otwierają się z głuchym skrzypieniem. Potem czyjeś kroki, tak jakby ktoś wepchnął kogoś do wnętrza pomieszczenia, i szczęk łańcucha – prawdopodobnie z kajdan na rękach więźnia.
— Wkrótce po ciebie wrócimy. Wtedy sobie porozmawiamy.
Odgłos zamykanych krat i przekręcanego klucza w zamku. Głównodowodzący całego oddziału zawołał kilka słów po rosyjsku, po czym żołnierze rozstąpili się i odmaszerowali korytarzem do wyjścia, aż w końcu znikli za drzwiami, jakby ich tu nigdy nie było.
Natasha otworzyła oczy szeroko ze zdumienia, gdy wreszcie widok się oczyścił. Clint nie mógł wydać z siebie ani słowa, tak bardzo był zszokowany tym, że jego przypuszczenia nie były mylne.
Postać, stojąca na środku celi naprzeciwko, arystokratycznym, niemalże teatralnym gestem rozmasowała sobie nadgarstki. Z zaciekawieniem rozejrzała się po nowym otoczeniu, po czym powoli, powolutku – chłonąc wzrokiem wszystko, co ją otacza – odwróciła się. Na widok Natashy i Clinta stanęła jak wryta, zaskoczenie jednak szybko zamaskowała szerokim, szelmowskim uśmiechem.
— Och – Echo poniosło cichy głos, zawsze wzbudzający niepokój w słuchającym. – Agentka Romanoff, ma ulubiona Mścicielka. I, hm… Clint? Mój niedoszły sługa?
Jeżeli do tej pory mieli jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, teraz z pewnością zostały one rozwiane.
To był Loki. Jak zwykle roześmiany, jak gdyby rzeczywistość była jednym wielkim dowcipem; o twarzy przykrytej falą mistycyzmu – maską, skrywającą wiele, wiele tajemnic. Patrzący na nich intensywnie, oczami odbijającymi znajome, niebezpieczne iskierki, które nigdy nie wróżyły nic dobrego.
Ach, i – przede wszystkim – żywy.
— Loki. Brat Thora – odezwał się Clint, jak gdyby powiedzenie tego, co oczywiste, na głos, miało go zapewnić, że to się dzieje naprawdę. – Ja chyba śnię.
Iluzjonista roześmiał się. Nieskazitelna biel jego zębów błysnęła w półmroku.
    Gdybyś śnił, byłby to twój najgorszy koszmar, zapewniam cię.
    Nie wątpię – wycedził. – Co ty tu robisz? W dodatku… żywy?
Loki przeszedł się po pomieszczeniu, szukając miejsca dla siebie i równocześnie zwlekając z odpowiedzią. Nie wiadomo, czy robił to, bo nie chciał odpowiedzieć, czy po prostu chciał zirytować Clinta – to drugie jednak na pewno mu się udało. W końcu zatrzymał się przy wejściu do celi, gdzie pręty krzyżowały się ze sobą, i przewiesił ręce między kratami, równocześnie opierając się o drzwi. Westchnął.
— Ach, Clint, Clint… nie będę cię zanudzać bajaniami o mym życiu, mych wizjach przyszłości i innych zajęciach mego ścisłego umysłu, których twój mały móżdżek nigdy by nie pojął. – Mówił z twardym akcentem nordyckim, jakby używanie języka angielskiego sprawiało mu trudność. Przy okazji wysławiał się w sposób godny arystokraty, niemalże archaicznie. – Sedno całej sprawy przedstawia się w sposób taki, iż obietnica panowania nad waszym niewielkim światem jest trochę… jak wy to mówicie?
    Wspaniała? Nie do odrzucenia?
    Nie, nie – machnął ręką. Intensywnie przeszukiwał pamięć pod kątem odpowiedniego słowa. – Bardziej, hm, niezadowalająca. Ale tylko, oczywiście, porównując ją do oferty tronu Wszechświata.
Clint podrapał się po głowie w zamyśleniu.
    Jesteś teraz władcą całego pieprzonego Kosmosu?
    Nieee, tylko naszej Galaktyki: Dziewięciu… Dziesięciu Królestw – poprawił się szybko. Na jego twarzy zalśnił uśmiech. – Jestem po prostu sprytniejszy od was, Avengersów. Być może-m przegrał walkę w Midgardzie, alem z czasem zyskał coś dużo bardziej wartościowego.
Natasha westchnęła głęboko, próbując zebrać myśli.
    Po powrocie z Asgardu twój brat, Thor, powiedział nam, że zginąłeś.
Loki przeniósł na nią wzrok.
    Mój brat jest głupcem.
Clint parsknął śmiechem.
— No, dobra… Czyli jesteś teraz super-potężny i zdobyłeś to, czego zawsze pragnąłeś? Loki zamyślił się na chwilę, po czym skinął głową.
— I uważasz też, że jesteś dużo sprytniejszy od wszystkich członków grupy Avengers razem wziętych?
Ponowne skinięcie głową.
— W takim razie, Panie Sprytny i Potężny, co ty tu robisz? Zostałeś pojmany. Skuty. A teraz zamknięty w więzieniu. – Wzruszył ramionami. – Cóż, dla mnie to nie wygląda na jakiś wyjątkowy pokaz mocarności.
Loki przez cały czas słuchał go z kpiącym, niemalże litościwym uśmiechem na twarzy. Zlustrował go pobieżnie wzrokiem, potem Natashę – już nieco dokładniej, przy okazji oblizując wargi…
    Z tego, com zdążył zaobserwować, to wyście są pojmani. Ja podróżuję.
    Od celi do celi?
Loki ściągnął brwi, urażony.
    Jam jest wędrowcem, który odwiedza różne miejsca.
    Turystą? – zasugerowała niepewnie Natasha.
    Turystą… – powtórzył, smakując to słowo na języku. – Może być. Przyszedłem tu, jako żem został tak pięknie ugoszczon, ale tylko na chwilę. Zdarzało się mi przebywać w lepiej urządzonych lochach. Chciałem zorientować się tylko gdziem jest i ruszam dalej. Całkowicie-m zgubił drogę.
    Priwetstwujem v Sowietskij Sojuz – mruknęła Natasha.
Loki zamrugał kilkukrotnie i wbił w nią wzrok.
    Rosja – wytłumaczyła, uśmiechając się blado.
    Hm.
Pokiwał głową, udając, że wie, o czym dziewczyna mówi. Nie chciał wyjść na jakiegoś ignoranta.
    Do rzeczy – odezwał się niepewnie – świetnie się złożyło, że na was trafił. Powiecie mi, gdzie mogę znaleźć Thora. Oszczędzi mi to czasu na poszukiwania.
    Hola, hola! – zawołał Clint, przerywając mu. – Powiemy ci, gdzie jest Thor, ale co będziemy z tego mieli?
    Niech pomyślę. – Udał, że się zastanawia. – Satysfakcję z udzielenia pomocy?
Gdyby Clint miał teraz coś pod ręką, zapewne bardzo mocno rzuciłby tym w Lokiego. Iluzjonista wybuchł śmiechem na widok poirytowanej miny łucznika.
— Załóżmy jednak, że ani ja, ani Barton nie jesteśmy dobrymi Samarytanami – wtrąciła Natasha. – Zaoferuj nam coś w zamian.
Patrzyła Lokiemu prosto w oczy, tak jakby jego spojrzenie wcale jej nie paliło. To mu zaimponowało. Posłał jej jeden z tych uśmiechów, który zawsze działał zniewalająco na kobiety.
    Przysługa za przysługę – powiedział.
Nawet, jeśli jego uśmiech w jakimkolwiek stopniu ją poruszył, to tego nie okazała. Albo nie poruszył jej w ogóle. To Lokiego zaskoczyło. Zaraz jednak przypomniał sobie, że Romanoff jest wyszkoloną agentką, która pewnie miała tysiące okazji do rozmów z osobami podobnymi jemu i nauczyła się już maskować.
Clint już miał się zgodzić, ale Natasha go ubiegła:
— A co ty nam, Loki, możesz zaoferować za przysługę? Będąc tam, po drugiej stronie, zamknięty, raczej niewiele możesz zdziałać.
Parsknął śmiechem.
— Zaraz się uwolnię, moja droga. A jeśli powiesz mi, gdzie Thora znajdę, w przyszłości będę ci dłużnikiem.
— Po pierwsze: nie jestem twoja droga – powiedziała spokojnie. Uwodzicielski uśmiech nie zniknął z twarzy Lokiego. – Po drugie: to za mało. Przysługa za przysługę i spełnienie jednego mojego życzenia powinno wystarczyć…
Przechylił głowę, przewiercając ją wzrokiem na wylot.
    A cóż to za życzenie?
    Podróżujesz do Thora. Weź nas ze sobą.
Loki zacisnął wargi, tak że utworzyły długą, wąską linię. Ponownie udał, że się zamyśla i głęboko rozważa taką opcję. Dodatkowy balast w postaci pasażerów na gapę nie powinien stanowić mu problemu. Chciał jednak coś osiągnąć…
— Hmmm… nie jestem pewien, czy to już nie jest zbyt wysoka cena. Może dorzucisz od siebie jakiś drobny dodatek? – Zmrużył oczy, dając z siebie pełnię swoich możliwości, wznosząc się na wyżyny umiejętności uwodzenia.
Ponownie zlustrował ją wzrokiem… nie, nie zlustrował. On ją rozebrał wzrokiem. Bardzo, ale to bardzo powoli, delektując się widokiem każdego najmniejszego kawałka jej ciała. Gdzieś daleko w jego podświadomości odezwało się wspomnienie o Sif, szybko je jednak odepchnął możliwie jak najdalej. Sif wiąże się z uczuciami. A on nie ma uczuć.
W końcu zatrzymał oczy na czerwonych ustach Natashy, wyglądających niebywale smakowicie. Specjalnie pozostał tam na dłużej – widok oczywiście zły nie był, ale i tak dla pewności wolał odliczyć w myślach parę sekund, żeby niczego nie zepsuć i nie odwrócić wzroku w nieodpowiednim momencie.
Policzki Natashy zapłonęły czerwienią i dziewczyna wyraźnie to poczuła, tę falę gorąca, jaka rozprzestrzeniła się po całym jej ciele, gdy jej serce uderzyło dwa trzy cztery razy szybciej. Boże. Jakże ten mężczyzna na nią zadziałał. Wydawało jej się, że zna zasady jego gry i również może w niej wziąć udział. Nie pomyślała jednak, że sama wpadnie we własne sidła.
— Cóż – odezwała się zachrypniętym głosem i oblizała spierzchnięte wargi. – Może mogłabym coś dorzucić…
Loki w tym momencie podniósł wzrok i popatrzył jej w oczy. Jego cel został osiągnięty. Natasha Romanoff z całą pewnością siebie odwzajemniła jego uśmiech i oparła się o pręty w wyjątkowo kokieteryjnej pozie, niepozostawiającej wyobraźni dużego pola do popisu.
Przełknął ślinę.
    Och, dla takiego ładnego uśmiechu z pewnością się zgodzę.
Clint popatrzył na Czarną Wdowę z mieszaniną irytacji i niedowierzania.
— Czy ty z nim flirtujesz? – spytał jej cicho Barton, tak żeby Loki nie usłyszał. – On jest naszym wrogiem.
Natasha zignorowała przyjaciela. Zamiast tego uważnie zlustrowała Lokiego wzrokiem, przygryzając dolną wargę.
— W takim razie, Loki, mamy wszystko ustalone. Nie przekażę ci jednak żadnych informacji, dopóki nie udowodnisz nam, że jesteś w stanie się uwolnić.
Uśmiech na twarzy iluzjonisty powiększył się, o ile było to w ogóle możliwe. W jego oczach zapaliły się iskierki ekscytacji i podniecenia, że wreszcie może się komuś pochwalić swoją mocą.
    Ma być szybko i efektywnie, czy wolno i efektownie, skarbie?
Natasha oparła się o ścianę celi. Wzruszyła ramionami nonszalancko, tak jakby jej w ogóle nie zależało na tym, by znaleźć się blisko niego.
    Pokaż, co potrafisz – powiedziała słodkim głosem.
Loki odebrał ten przekaz dwuznacznie i to sprawiło, że zalała go fala gorąca. Wpadł w pułapkę własnej intrygi. Mógł się jednak tego spodziewać – po tak zniewalającej kobiecie, jaką jest Czarna Wdowa…
Uniósł ręce, wykonując nimi w powietrzu osobliwy gest, po czym chwycił mocno za kraty. Na początku nic się nie działo, ale już po chwili metal zaczął przybierać czerwony kolor, rozgrzewając się. Spomiędzy palców Lokiego buchnęło zielone światło, które oślepiło Clinta i Natashę na ułamek sekundy. Okratowane drzwi zaczęły roztapiać się jak świeczka. Metal spływał, niczym żywica po korze drzewa. Wszystko parowało, jak rozgrzany kamień polewany zimną wodą.
Gdy dym wypełnił już całe pomieszczenie, przysłaniając celę Lokiego, nagle zielone światło zgasło – szybko i niespodziewanie. Po chwili para rozstąpiła się, a z niej wyłonił się cień, który uformował się w zadowoloną z siebie, aczkolwiek odrobinkę przepoconą, postać mistrza magii. Wyraźnie dumny z siebie zdawał się wręcz chłonąć zaskoczenie, jakie malowało się na twarzach Romanoff i Bartona.
    Uwolniłem się – oświadczył, jakby czekając na pochwałę. – Wolno i efektownie.
Natasha zdała sobie sprawę z tego, że opadła jej szczęka. Do końca w pełni mu nie wierzyła. Przełknęła ślinę.
— Dobrze, więc… zgodnie z obietnicą, powiem ci, co wiem. Thor mieszka nad zatoką Bannistera pod Nowym Jorkiem, przy ulicy Causeway, o ile się nie mylę. Znajdziesz go bez problemu, jego dom znajduje się w oddaleniu od innych zabudowań. – Zawiesiła głos na moment, by zaznaczyć wagę jej nadchodzących słów. – Teraz twoja część umowy.
Loki podszedł do jej celi, nagle z niesamowicie poważnym wyrazem twarzy. Złapał dłońmi za pręty i przylgnął całym ciałem do okratowania. Ona odruchowo cofnęła się parę kroków, w jednej sekundzie przerażona jego nieobliczalnością i tym, że dzieli ich od siebie tak niewiele. Iluzjonista wsunął rękę do środka i przesunął smukłą dłonią po jej policzku, starając się zrobić to delikatnie. Zadrżała.
Przechylił głowę, z zainteresowaniem przyglądając się jej włosom i owijając sobie czerwone kosmyki wokół palców.
— Powiedzcie mi, jak mam was wziąć ze sobą, skoroście są tutaj zamknięci? – zapytał.
    Że... że co? – mruknął Clint.
Natasha nie śmiała ani drgnąć.
— Uwalnianie was nie było częścią umowy. Dziękuję jednak, żeście podzielili się ze mną informacjami.
W jednej sekundzie całe nastawienie Czarnej Wdowy uległo zmianie. Odepchnęła od siebie jego dłoń i niczym chmura burzowa zbliżyła się do krat gwałtownie. Tym razem to Loki się odsunął.
— Ty podły, bezczelny, dwulicowy… – cedziła przez zaciśnięte zęby.
— Ojej, to chyba za dużo komplementów dla mnie jak na jeden raz.
— Stul dziób, Loki! Wciąż jesteś nam winien jedną przysługę – zauważyła. – Niech cię cholera!
Iluzjonista pokiwał głową.
— Rozumiem… czyli w ten sposób chcecie ją wykorzystać? Tę jedyną przysługę, jaką-m jest wam winien?
Natasha splunęła w jego kierunku.
    Tak. Uwolnij nas – wycedziła. Pokręciła głową z niesmakiem. – Od początku ci o to chodziło… o skasowanie długu.
Kąciki jego ust zadrżały, aż w końcu uniosły się w złośliwym uśmiechu.
    Oczywiście, że tak.
Zbliżył się odrobinę, po czym uważnie zmierzył wzrokiem odległość obydwu cel od siebie. Jego twarz z powrotem miała nieodgadniony wyraz. Zmrużył oczy, jakby to, co dostrzegł, przypadło mu do gustu.
W końcu stanął idealnie na środku, rozłożył szeroko ręce na boki. Poruszył kilkukrotnie palcami.
    Okrutnie nie lubię tej waszej organizacji, Avengers – ostatnie słowo niemalże wypluł.
Jego tęczówki zalśniły zielenią, na koniuszkach palców rozbłysło światło i w tym samym momencie dało się słyszeć klik zamka. Niemalże natychmiast rozległo się wycie syren. Cała trójka je zignorowała.
    Zaryzykowałbym stwierdzenie nienawidzę, ale wydaje mi się ono za mocne.
Cofnął się odrobinę, by Romanoff i Barton mogli wyjść ze swoich cel. Clint nie pokwapił się o jakikolwiek komentarz. Teraz, gdy znalazł się na zewnątrz, już nic nie dzieliło go od Lokiego i musiał z jak największym trudem powstrzymywać wszystkie sygnały, jakie wysyłało mu jego ciało, a które zachęcały do natychmiastowego rozszarpania samozwańczego boga na strzępy.
Loki nakazał im, by poszli za nim. Nie było czasu na zadawanie jakichkolwiek pytań, więc posłusznie wędrowali jego śladami. Ruszyli korytarzem, z którego on wcześniej wyszedł, a potem kluczyli po budynku, zatrzymując się na zakrętach, gdy w oddali dostrzegali patrol Rosjan. Clint i Natasha byli zaskoczeni, jak łatwo Lokiemu przychodziło ukrywanie się i skradanie, niczym najlepszemu agentowi SHIELD.
W końcu znaleźli się przed pomieszczeniem, które chroniły opancerzone drzwi otwierane na hasło cyfrowe. I tym razem Loki zaszokował Avengersów… Barton i Romanoff z jego polecenia stanęli na czatach i pilnowali tyłów, on sam zaś w minutę złamał kod – sposobem znanym tylko jemu. Albo lubił odwalać czarną robotę, albo nie miał do nich zaufania.
Drzwi się otwarły i szybko wkroczyli do środka.
Jedynie Loki nie był zdziwiony widokiem, jaki zastali. Zewsząd bowiem otoczyły ich wszelakiej maści bronie – od mieczy, przez kusze, po pistolety i granatniki. Czarna Wdowa z utęsknieniem przejechała palcem po metalowej obudowie jednego z panzerfaustów.
Loki czuł się jak u siebie w domu. Ruszył przed siebie, do jakichś szafek, po czym otworzył jedną z nich. Ze środka wyciągnął trzy pudła, odpowiednio ponumerowane, charakteryzujące się różnymi kolorami.
W jednym znajdował się zestaw pistoletów i garota – to podał Czarnej Wdowie. W drugim, najdłuższym, ukryty był łuk Hawkeye’a. Ostatnie – największe – należało do Lokiego. Położył je na stole z takim impetem, że aż cała jego zawartość zachrzęściła. Gdy je otworzył, ani Natasha, ani Clint nie mogli powstrzymać ciekawości i nie zerknąć, choćby ukradkiem, na jego zawartość. Było ono po brzegi wypełnione wszelakiej maści nożami, sztyletami i innymi broniami kłująco-tnącymi oraz zestawem fiolek wypełnionych dziwnymi substancjami.
Clint z wysoko uniesionymi brwiami obserwował, jak Loki szybko wyciąga cały sprzęt i chowa go w rozmaitych kieszeniach, rękawach i innych skrytkach swojego stroju, znanych tylko jemu. Odniósł takie wrażenie, że iluzjonista pamięta gdzie dokładnie znajdował się każdy najdrobniejszy puginał, nim mu go odebrali. Jego ruchy były szybkie i dokładne – każda rzecz miała swoje własne, unikatowe miejsce. Był całkowicie skupiony na tym, by się nie pomylić i zupełnie nie zwracał uwagi ani na Clinta, ani na Natashę.
Wtem łucznikowi przyszedł do głowy pewien pomysł. To był idealny moment, by wszystko zakończyć! Idealny, by się zemścić. Teraz, gdy czujność Lokiego była uśpiona, wystarczyłby jeden, celny strzał i największe marzenie Clinta zostałoby spełnione.
Niewiele myśląc, szybko złapał za łuk, wyprostował się w pozycji strzeleckiej, naciągnął strzałę na cięciwę i…
— Nie radzę – mruknął Loki, równocześnie chowając jakieś fiolki do paska przy spodniach i nie spuszczając z nich wzroku. – Nawet nie wiesz, ilem miał czasu w moim życiu na ćwiczenie łapania strzał.
Clint poczuł, jak oczy gwałtownie go zapiekły. Nie było sposobu. Teraz już to wiedział. Nie było sposobu, by pozbyć się tego drania ze świata. Przełknąwszy gorycz porażki, powoli opuścił łuk i wsunął strzałę do kołczanu na plecach.
Na twarzy Lokiego pojawił się uśmiech.
Minęła jeszcze chwila, gdy pudełko zostało całkowicie opróżnione, a iluzjonista stwierdził, że chyba jest gotowy. Poruszył kilkukrotnie ramionami, dla upewnienia się, że cały arsenał leży tak, jak powinien.
— Do Midgardu przybyłem na faeringu – oznajmił. – Niestety, gdym został zestrzelony, mój statek doznał pewnych uszkodzeń, a teraz otoczyli go, hm… ludzie w mundurach. To oznacza, że chyba będziemy musieli go tu porzucić.
— Czymkolwiek by nie był faering… Nie mamy jak się stąd wydostać? – spytała Natasha.
Loki pokręcił głową.
    Tego nie powiedziałem.
    Oczywiście – mruknął Clint. – Skończ już z tymi zagadkami i gadaj: w jaki sposób mamy się dostać do Nowego Jorku? – Popatrzył na niego wyczekująco.
Mistrz magii nie odpowiedział – zamiast tego wyciągnął w ich stronę otwarte dłonie. W jego oczach rozbłysły iskierki, które nigdy nie wróżyły nic dobrego.
— Chwyćcie mnie za ręce – polecił.



Chciano chleba i igrzysk, daję nowy rozdział.
Mam nadzieję, że nie zasnęliście.. ostatnio naprawdę nie jestem w formie. Tak ogólnie. Nie tylko w tematyce pisania. Psychicznie. Fizycznie. Chyba potrzebuję... ech, sama nie wiem czego potrzebuję.
Nie wiem. Co ja wiem?
Ach, no i wszystkiego najlepszego dla Ewy! Spóźnione o jeden dzień, ale jednak...



12 komentarzy:

  1. Och, i zapomniałam dodać jednego... Zgadnijcie, czyj blog ma już ponad 21 tysięcy wyświetleń? Yay.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja reakcja, gdy tu weszłam to wielki pisk.
    Rozdział NAPRAWDĘ cudowny.
    Tylko nie karz nam znowu tyle czekać. Za dużo Frostiron'ów się naczytałam ;-;

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialny rodział! Chce już zobaczyć mine Thora gdy dowie się, że jego b rat żyje. I ten Loki, tego mi brakowało <3

    OdpowiedzUsuń
  4. No dobra. Prawie miesiąc potrzebowałam na uporządkowanie myśli... Nie było to łatwe z moim IQ, ale nareszcie!
    Stwierdzam, że ten rozdział był zabójczy! Idealnie rozegrana akcja między ruskami i Loki'm oraz między Nim a Natash'ą. Zastanawiałam się czy wykorzystasz motyw z Age of Ultron lub wpłynie ten film na fabułę, ale na szczęście się nie zawiodłam. :3 Taka oddzielna historia jest lepsza.
    Poprzedni rozdział pozostawił mi w głowie "Co kurwa?!" Za to ten zostawił "O kurwa!" (tak mój zasób słów jest trochę ograniczony, jednakże wciąż się uczę pod tym kątem ;) ). Jestem bardzo ciekawa co będę miała we łbie po następnym :3
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!
    /K.Potterowa

    OdpowiedzUsuń
  5. Wesołych Świąt! <3
    Zrób nam prezent na święta i daj nexta. Plose ;c <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Uprzejmie donoszę, że właśnie skończyłam czytać - woohoo, udało się przed końcem roku, choć ledwo! - a w związku z tym ocenka pojawi się na dniach, gdy ja i moje bety pozbędziemy się resztek kaca. Z okazji Nowego Roku życzę ci przypływu weny i rozwoju warsztatu. Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ocena zawisła, zapraszam:) http://pomackamy.blogspot.no/2016/01/0093-odcienie-zieleniblogspotcom.html

    OdpowiedzUsuń
  8. Chciałam nadrobić straty w czytaniu i szukam na twym blogu menu, które zniknęło... o,o
    No nic, znów nie przeczytam...

    OdpowiedzUsuń
  9. Ej, Lexie! Co to ma znaczyć?! Co się z tobą dzieje! Ty widziałaś kiedy ostatnio dodawałaś rozdział?!
    Ja rozumiem: szkoła/praca, mało czasu, brak weny. Ale jaki kolwiek wpis też może być! Gdybym była tu nowa, to pomyślałabym, że bez uprzedzenia skończyłaś bloga! 22 LISTOPADA! I to jeszcze 2015!
    Czy to przez to, że Gayaruthiel wydał taki werdykt? Wiem, że to mogło odrobinę zaboleć, bo wkładasz całą swoją siłę, aby to opowiadanie był najlepsze. A tu nagle ktoś daje ci "słabe trzy" (nie potępiam oceny!). Jednak, czy jest to powód do zaniedbania czytelników? Zapewne teraz poprawiasz błędy i piszesz nowy rozdział, ale możesz tu częściej zaglądać i zostawić po sobie ślad w formie "ogłoszenie" albo jakiejś notki. No na prawdę!
    Codziennie wchodzę na tą stronę i z nadzieją szukam, chociażby komentarza od ciebie! Proszę cię, w najbliższym czasie napisz CO KOLWIEK!
    /K.Potterowa

    OdpowiedzUsuń
  10. Did you know you can create short urls with AdFly and receive $$$ from every click on your shortened urls.

    OdpowiedzUsuń

Język urzędowy: staroskandynawski.
Mile widziany alfabet runiczny :)

» «